CHCEMY FAJTERÓW, NIE FRAJERÓW


Józef Mackiewicz zauważył kiedyś: „Niemcy robią z Polaków bohaterów. Podczas gdy Sowieci – gówno”. Okazuje się, że nie tylko Sowieci. Bo i Rosjanie i Żydzi i jeszcze inni też potrafią. Putin wiedział, że polskich polityków wystraszyć łatwo, że wybór Polski na „kozła ofiarnego” nic go nie kosztuje, że ma naprzeciw siebie spanikowanych wymoczków, że u zachodnich granic Rosji leży państwo strachliwe. Gdy grillował Polskę oskarżeniami o współpracę z Hitlerem, w telewizorach mieliśmy istny wysyp politycznych dupków. Dla wicepremiera Gowina powodem „histerycznego ataku” Putina było: Traci poparcie, a Polska coraz bardziej wzmacnia swoją pozycję na arenie międzynarodowej. Inny mięczak skonstatował: To przejaw bezsilności wywołanej ostatnimi sukcesami polskiej polityki historycznej i wzrost podmiotowej roli naszego kraju w UE. Niezawodny w takich sytuacjach Waszczykowski zdiagnozował: Musimy być przygotowani na każdy scenariusz włącznie z jakimiś incydentami zbrojnymi na Morzu Czarnym i na Morzu Bałtyckim. Mocną ripostą przebił wszystkich wiceszef MSZ – przekonywał, że premier zareagował na słowa Putina po kilku dniach, ponieważ „polski rząd precyzyjnie analizował, w którą stronę ta narracja idzie”. Krótko mówiąc – chciało się płakać nad nowym dyplomatycznym sierpniem ’39.

Pojawiły się głosy: „Putin oszalał”. Tymczasem zimny czekista wiedział, że w takich medialnych starciach obowiązuje reguła: zmusić oponenta do skupienia się na fikcyjnym zagrożeniu, i w tym czasie realizować cel główny. Przy okazji czkawką odbił się wybryk „Gazety Polskiej” z pochwałą „starej dobrej pieśni”, głoszącej „Jak dobrze nam upalnym świtem pacyfikować ruską wieś! Stojąc pod płotem z automatem, śpiewając reakcyjną pieśń”, a także epatowanie przez państwową telewizję karykaturą prezydenta Rosji w przebraniu Hitlera. Czkawką odbiły się też rozliczne zabiegi propagandowe, w tym diabolizowanie Putina, sączenie w umysły Polaków lęku przed bliską inwazją Rosji, zachwalanie geniusza jej dyplomacji i potęgi wywiadu, mimo że w ostatnich latach Rosja ponosi same klęski. A czy robieniem za Rosjan dobrej roboty propagandowej nie było obrzucanie patriotycznej opozycji epitetem „ruskie onuce”? W zabiegach tych uczestniczył prezes PiS. No bo, czy powierzenie MSW, MON i MSZ osobom przypadkowym, nie było rzeczą najgorszą, jaka mogła się Polsce w tych trudnych czasach przytrafić? Putin musiał mieć niezły ubaw, gdy obserwował sukcesy kolejnych rządów na polu walki o bezpieczeństwo Polski. A tak w ogóle – żeby troszczyć się o bezpieczeństwo państwa trzeba mieć państwo, a nie jego parodię.

Premier Mateusz Morwiecki z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim. Fot. za: polskieinformacje.pl

Dyplomacja Putina była chamska i skuteczna. Dyplomacja PiS tchórzliwa i głupia. Ponadto Putin nie powiedział nic, czego nie mówili wcześniej, finansowani przez Państwo Polskie, Gross, Grabowski, Engelking. I dziw bierze, że muzeum Polin jeszcze nie ufundowało Putinowi nagrody. Ponadto niechcący zrobił nam przysługę – przypomniał Polakom, że tak jak we wrześniu ’39, tak i dziś na zapleczu frontu mamy V kolumnę. Nadzieja, że polscy dyplomaci walczyć będą o interesy państwa prysła już dawno. Wszystko posypało się jak z dziurawego wora, gdy lud polski wybrał sobie na premiera wnuka żołdaka z Wehrmachtu. Bo trudno sobie było wyobrazić autora słów „Polska to nienormalność” w roli fajtera. U członków sitwy rządzącej Polską kalkulacja interesów Polski zeszła na dalszy plan lub w ogóle się nie liczyła, a niektóre ich zachowania zbliżyły się niebezpiecznie do granicy zdrady stanu. Diagnoza taka odnosi się do zaprzedanego wiele razy Radka Sikorskiego, który (gdy zabiegał o intratne stanowisko w Brukseli) z miedzianym czołem wezwał Niemców do wzięcia w swoje ręce kierownictwa państwa europejskiego, czyli do nowego paktu Ribbentrop-Mołotow. Bartłomiej Sienkiewicz przywoływał z kolei von Clausewitza, który Polskę widział jako stepy mongolskie i wynajdywał u Polaków rozliczne wady do wytępienia. Nie przywołał natomiast myśli innego przyjaciela Polaków, Otto von Bismarcka: „bezmyślność Polaków czyniła zawsze z Polski Eldorado dla Żydów”.

Radoslaw Sikorski i Donald Tusk. Fot.Pawel Supernak, PAP. Za: Interia.pl.

Polska to panna stara, brzydka i bez posagu – taka doktryna starego durnia Bartoszewskiego obowiązuje do dziś, a jej bilans jest przygnębiający. Polskie interesy nie są zabezpieczone, stosunki z sąsiadami złe, polityka wschodnia nie bierze pod uwagę żyjących tam Polaków, od Rosji nieprzerwanie dostajemy cięgi, Łukaszenko ogrywa nas jak małe dzieci w piaskownicy, maleńka Litwa rozmawia z nami jak mocarstwo, Ukraińcy dyktują treść uchwał Sejmu i pobierają coroczny haracz w postaci kredytów. Dlaczego tak jest? Czy nie dlatego, że wiecznie się boimy? Czy nie dlatego, że nie odchwaszczamy swe otoczenie z krzykaczy, którzy nie stawiają na pierwszym miejscu słów „polski interes narodowy”. Czy nie dlatego, że gdy Netnajahu zmarszczy czoło chowamy się po kątach? Czy nie dlatego, że polityką zagraniczną zajmują się notorycznie przegrywające miernoty? A tak w ogóle, aby prowadzić jakąkolwiek politykę zagraniczną trzeba mieć MSZ, a nie jego atrapę.

Nawet Żydzi przecierali oczy ze zdumienia i cmokali z niedowierzaniem. Bo filosemityzm filosemityzmem, ale żeby aż tak dać się poniżyć! Dominująca narracja rządowa przedstawiała się tak: rząd bohatersko broni dobrego imienia Polski; od czasu chrztu Polski nie było równie genialnego zagrania dyplomatycznego; wszystkie głosy krytyczne to „ruska agentura”; nie powiódł się plan Putina skłócenia dwóch bratanków – Polaka i Żyda. Uciecha była wielka, bo jeszcze kilka dni wcześniej Kaczyński wrzeszczał, że nie odda ani guzika. Ale przyznać trzeba, że Żydzi, puszczając go w skarpetkach, guzik pozwolili zachować. Porażały tchórzliwe wypowiedzi Czaputowicza, że „To tylko problem w komunikacji, a nie świadoma akcja Państwa Izrael„. Do boju podgrzewał Ludwik Dorn (do niedawna „trzeci bliźniak”, od 2018 r. wraz z Hartmanem i Passentem publicysta żydokomunistycznego portalu „Polityka”):

„W światowych grach dyplomatycznych i wobec siły bardzo wpływowego lobby żydowskiego naszemu krajowi potrzebny był ‚certyfikat koszerności’ ze strony Izraela, a tego nikt w polityce nie wydaje za darmo”.

Krótko mówiąc – zamiast obrony Polski dostaliśmy tchórzliwy propagandowy bełkot, zamiast ustawy zwalczającej „polskie obozy” ustawę o zwalczaniu antysemityzmu, zamiast ustawy broniącej Polskę ustawę broniącą Grossa, zamiast męża stanu łajzę, któremu, gdy natrafia na mniejszość narodową kojarzoną z Kominternem, uginają się nogi.

I wszystko skończyło się jak zawsze – „wyrafinowaną” grę dyplomatyczną w postaci wypłacenia 100 milionów na renowację cmentarza żydowskiego oraz konstatacją smutnej prawdy: przez 5 lat rządów Dobrej Zmiany nie usunięto z cmentarza grobu Jakuba Bermana, a równocześnie blokowane są poszukiwania dołów śmierci, do których Berman wrzucał pomordowanych Polaków.

Prezydent Warszawy Lech Kaczyński wmurowuje kamień węgielny pod budowę Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie.
Fot. Archiwum PCO.

Sprawa pokazała, że głos zabierać tylko wtedy, gdy się jest dobrze przygotowanym i czas najwyższy przygotować się solidnie. Ale nie tyle do obrony, co do ataku. Jak mówił pewien trener: „Im dłużej my przy piłce – tym krócej oni”. Niech się zreflektują, że nie warto atakować, bo straty będą mieli większe niż korzyści.

Polski holokaust nie był mniejszy od żydowskiego: trzy miliony Polaków mordowano gdzie popadnie, i trwał do lat 60. „dzięki” Żydom w UB, prokuraturze i sądach. Im więcej będziemy o tym mówić, tym mniej będzie „polskich obozów”. I przypominać będzie, że to Minc i Berman zrzekli się odszkodowań od Niemiec, aby ulżyć w wypłacie odszkodowań dla Izraela.

Jak mawiał Józef Piłsudski „Pokora i uległość tylko do wzmocnienia i utrwalenia niewoli prowadzi” (inna sprawa, że propagandyści PiS wolą inną „złotą myśl” Piłsudskiego – Naród Wielki, tylko ludzie kurwy). I jeszcze jedno – Amerykanom można pozazdrościć prezydenta. Trump zastosował taktykę: jeśli zostaniesz zaatakowany, to jedną trzecią sił przeznacz na obronę, a dwie trzecie rzuć do kontrataku. Nigdy nie przechodzi do defensywy, zawsze szuka słabych punktów przeciwnika i wygrywa.

Dlaczego nie publikować rodowody? Dlaczego nie mówić, że to potomkowie Lwa Trockiego? Dlaczego nie przypominać, kto pomagał w wywózce w bydlęcych wagonach na Sybir 2 milionów Polaków i kto mordował polskich oficerów w Katyniu? Dlaczego nie rozgłaszać wszem i wobec, że stalinowcy, którym w Polsce robiło się coraz ciaśniej, przewerbowali się na agentów nowojorskich organizacji żydowskich i politycznie eksterminują wszystkich, którzy mają odwagę stawić im czoła?

Ich podstawowym narzędziem jest pedagogika wstydu, która ma na celu łatwiejsze rządzenie zastraszonym narodem. A gdyby takową pedagogikę zastosować wobec nich, ścigać tak jak oni ścigali Eichmanna, i postawić przed polskimi sądami żyjących jeszcze w Izraelu (i Szwecji) zbrodniarzy? Oni też powinni mieć swoją Norymbergę!

Dlaczego nie mówić o „żydowskich obozach śmierci” i że komendantem jednego z nich był Salomon Morel, z niezwykłym bestialstwem mordujący więzionych tam Polaków? Dlaczego nie dać przyzwolenia na głoszenie tezy, że powojenne ubeckie katownie były „żydowskimi katowniami” i stosując logikę strony żydowskiej w miejscu każdej katowni wmurować tablice z nazwiskami zbrodniarzy?

Dlaczego nie odpłacać pięknym za nadobne, tym bardziej że zasada „oko za oko, ząb za ząb” pochodzi z Talmudu? Dlaczego nie przypominać judenraty, żydowskich kapo, żydowskich szmalcowników oraz organizacji „Żagiew”, która nie tylko wyłapywała ziomków po stronie aryjskiej, ale w ręce Niemców wydała 6 000 Polaków, którzy ukrywali Żydów oraz 1 500 księży, którzy Żydom pomagali? Siedziba żydowskiego Gestapo miała adres Leszno 13. Dlaczego na frontonie budynku nie umieścić tablicy z informacją, co się w nim mieściło? A może właśnie ten budynek przeznaczyć na muzeum Getta? Przy czym pamiętać trzeba, że głównym zbrodniarzem był Hitler i że mówiąc o tym tylko bronimy się przed robieniem z nas wspólników Hitlera.

Na pytanie „Jak się bronić?” odpowiedź jest krótka: Piętnować publicznie i imiennie; wykluczać urzędowo z polskiej wspólnoty narodowej; inwentaryzować sprzedawczyków, którzy po wrednych słowach Grossa skakali z radości pod sufit; tworzyć „listy hańby”, a na ich podstawie lustrować kandydatów do ministerstw i muzeów.

W dawnej RP było oświecone rodzimą tradycją rozwiązanie – banicja (ale ta stosowana była wobec szlachetnie urodzonych, a nie tych z Nalewek). Podczas wojny podziemie likwidowało folksdojczów, a dziwkom zadającym się z okupantami goliło głowy. Na pierwsze koniunktury nie ma, ale na golenie łbów jest!. Ale o tym można tylko pomarzyć, bo wystraszona władza boi się nawet nazwać rzecz po imieniu.

Kiedy Adam Bodnar powiedział w TVP: „Musimy pamiętać, że wiele narodów współuczestniczyło w realizowaniu holokaustu. W tym także naród polski”, rządowi zabrakło odwagi, żeby go odwołać (a nam zabrakło Leppera, by wywieźć rzecznika na furze gnoju).

Kiedy Annę Kołakowską, radną PiS w Gdańsku sąd ukarał za słowa: „Trzeba to coś złapać i ogolić na łyso”, jako komentarz do zdjęcia Pomaskiej, drącej kartkę z treścią projektu sejmowej uchwały, minister sprawiedliwości milczał.

Skończyć z przymilaniem się w formule – podczas wojny Polacy nie tylko mordowali, ale i ratowali. Skończyć z szaleństwem wznoszenia pomników tym, co ratowali. I to nie tylko dlatego, że i tak mówią: „sprawiedliwych” było za mało, ratowali za późno, to zasłona dymna kryjąca szmalcowników, pomoc, której udzielali „nie była podyktowana altruizmem, ale chciwością”, przechowywani po strychach i kurnikach mieli złe warunki bytowe, a księża ich okradali. A dlaczego nie żądać, aby to oni stawiali pomniki, i to za własne pieniądze? A tak w ogóle – to nie my powinniśmy zwalczać kłamstwa i nie nasze sądy wymierzać kary, ale izraelskie! Podczas wojny ześwinili się wszyscy, z Żydami włącznie. Polacy od początku do końca walczyli po słusznej stronie i w dodatku ratowali Żydów.

Niemal każda ze świń na tej wojnie coś zyskała – Żydzi nawet własne państwo, zbudowane przez dezerterów z armii Andersa. Tylko nas puścili w skarpetkach. I czy, nie mówiąc o tym, nie robimy za frajerów?

Dlaczego nie stosować żydowskich metod dialogowania? Michnik zapytany, „kiedy przeprosi za brata?”, odpowiedział: „Ty skurwysynie”. Czy na „skurwysyna” nie trzeba było odpowiedzieć: „Ty parchu” (a na słowa Bodnara „Ty skurwysynu Przymierza”).

Na portalu „Wyborczej” ukazał się felieton „Warszawę zaatakowały wszy słoikowe”. Jego autor Marcin Sztetter pisał, że mieszkańcy Warszawy pochodzący spoza stolicy (zwani słoikami) wracając od rodzin przywożą ze sobą… wszy. Wszy pojawiły się ponoć w przedszkolu, do którego chodzi dziecko Sztettera. Redaktorek powielił propagandę Hitlera, która głosiła, że Żydzi są roznosicielami wszy. W tym przypadku nie zareagował żaden organ prasowy PiS.

Sztettera i tych, którzy zamieścili felieton ocenili jedynie blogerzy: a może Sztetter miał na myśli te wszy z Czerskiej? Najwyższy czas zredefiniować pojęcie Żyda. Od dawna nie oznacza ono jakiegoś mitycznego mieszkańca Izraela tylko brudasa ze środowiska Gazety Wyborczej; Wystarczy trochę popracować na lotnisku i napatrzyć się na gości z Izraela by nie zgodzić się z Twoją opinią; Też to zauważyłem, np. tzw. profesor Hartman, to spocony żyd z Bliskiego Wschodu; Odwszawić Polskę!

Nie liczyć na ministrów. Nic nie zrobią! Jeśli nie są V kolumną, to są sparaliżowani strachem, uważają, że trzeba siedzieć cicho, że tylko kapitulacja może ich ocalić, że należy hołubić każdego, który głośno na Polskę ujada. A może przestać się bać i dopuścić do łbów prawdę, że z wymoczkami nikt się nie liczy, a tchórzostwo prowokuje do kolejnych ataków?

Doświadczenie pokazuje, że umizgi, chowanie głowy w piasek, potulność i tchórzliwe merdanie ogonkiem nic nie daje. Że na nic Orzeł Biały dla Szewacha Weissa, że czym więcej budują żydowskich muzeów, tym bardziej są pogardzani, pomiatani i poniewierani.

Non possumus! – Ks. kard. Stefan Wyszyński, prymas Polski. Fot. inter

Na szczęście Polacy potrafią działać bez rządu. Dlatego żadnego kajania się! Wstać z ringu, otrzepać się, i jasno za kardynałem Wyszyńskim powiedzieć non possumus, a za ojcem Rydzykiem alleluja i do przodu. Czas też najwyższy powiedzieć: szkoda czasu na rozmowy z Żydami. Jeśli chcą wojny, to niech ją mają.

Wprowadźmy wizy dla obywateli Izraela, zrewidujmy podpisane kontrakty, wstrzymajmy taśmowe wydawanie polskich paszportów i anulujmy już przyznane (celem wyjaśnienia poprawności ich nadania). Przy tym nie palmy mostów – jak się pokajają, przywrócimy im możliwość robienia interesów (ale nie geszeftów).

Nie są potrzebne żadne ustawy, ale… odwaga.

Mamy rozmaite „narodowe” instytuty. Mamy Radę Mediów Narodowych (i jej prezesa zaabsorbowanego bohaterską walką z hodowcami zwierząt futerkowych i negocjacjami z rabinem na temat uboju rytualnego). Przerażają zapowiedzi powołania kolejnych specbrygad, które będą ścigać się o rządowe pieniądze na obronę dobrego imienia Polski. Tymczasem wystarczy odrobina odwagi. Rozliczenie Wałęsy, który na spotkaniu z nowojorskimi „biznesmenami” lżył: jedźcie do Polski zakładać biznesy, bo tylko na głupocie Polaków można zarobić pieniądze. Osądzenie Radka Sikorskiego, który gorliwie uczestniczył w licytacji lumpendyplomatów, kto kogo przebije w opluwaniu Polski. Wymierzenie kary Wołodii Cimoszewiczowi za zorganizowanie obchodów rocznicy „pogromu kieleckiego”. Weźmy szokujący przypadek Grossa – minęło 5 lat, prezydent RP nie odebrał mu orderu, dalej pluje: „w czasie wojny z rąk Polaków zginęło więcej Żydów niż Niemców” (rabin Friedmana, w obronie Grossa, przed nowojorskim konsulatem wrzeszczy: „polski antysemityzm jest tak żyzny jak ziemia w Kansas, na której uprawia się pszenicę, i tylko dlatego obozy zagłady, w których zabijano Żydów, powstały w Polsce”). À propos – najlepiej mentalność „naszych” chojraków oddaje prośba o sprostowanie, wysłana przez MSZ do redakcji izraelskiej gazety: „Sformułowanie „polskie obozy” jest tym bardziej dotkliwe zwłaszcza teraz, gdy Polska jest jednym z najbliższych przyjaciół Izraela w UE i na różnych forach międzynarodowych”. Żeby było weselej portal „wPolityce” reakcję taką określił: „mocna riposta MSZ”.

W Dudzie, gdy spotyka się z drugorzędnym Żydem z trzeciorzędnej organizacji, następuje jakaś dziwna przemiana. Staje się cichutki, szepcze głosem przymilnym, główkę na bok przechyla, w oczy służalczo patrzy, żeby – choćby niechcący – rozmówcę nie urazić.

W Auschwitz, podczas rocznicy wyzwolenia obozu, Żydzi potraktowali go jak intruza. Nie dość, że musiał pogodzić się z miejscem w dalekim rzędzie, to w dodatku wylali na prezydenta Polski wiadro pomyj. Podczas ceremonii pogrzebowej prezydenta Gdańska posadzili go w trzecim rzędzie za plecami Niemca, a także za plecami groteskowego Marcinkiewicza i TW Bolka.

Przypomnijmy też spolegliwość Dudy wobec Ukraińców oraz to, że w czasie wizyt na Ukrainie nigdy nie odwiedził grobów wymordowanych Polaków. Nie omieszkał za to przyklęknąć i złożyć wieniec na grobie starszego brata Netanjahu. Tam widocznie chciał wykazać odwagę wobec palestyńskich dzieciaków rzucających kamienie w izraelskich snajperów.

Miękki, pokręcony wewnętrznie, o buzi zbitego psa, budzący odrazę – tak w obecności Netanjahu wyglądał premier. A jak zachował się minister od policji, gdy Polska była bita po twarzy, gdy trzeciorzędna ambasador z drugorzędnego państewka obsobaczała – było nie było – premiera 40-milionowego kraju? Głównego wroga dostrzegł w użytkownikach Twittera i ich „antysemickich” wypowiedziach. W ślad za tym, powodowany panicznym strachem, zarządził ochronę ambasady Izraela przewyższającą ochronę pałacu prezydenckiego, a wojewoda mazowiecki, dla zapewnienia komfortu psychicznego żydowskim przyjaciołom, wytyczył wokół ambasady zamkniętą strefę bezpieczeństwa, wstrzymał wszelki ruch, wprowadził punktowy stan wojenny. Kaczyński, kuląc pod siebie ogon, skupił się na pacyfikowaniu Polaków, apelując: „Polacy odrzućcie „ciężką chorobę antysemityzmu”.

Prezydent Andrzej Duda i prezes PiS Jarosław Kaczyński. Fot. PAP / newsweek.pl

Tchórzostwo rządu było tym bardziej naganne, że od samego początku wiadomo było, że celem działań Izraela jest grabież polskiego mienia.

Gdy Żydzi walili nas w pysk na odlew, „nasi” hojracy dywagowali o wadach Polaków. Gdy potrzebna była odwaga, mieliśmy potulność. Gdy potrzebne były procesy wytoczone oszczercom i areszt (gdy pojawiali się w Polsce po odbiór kamienic), mieliśmy bicie się w piersi i tchórzliwe merdanie ogonkiem.

Izraelczycy to lud z natury bojaźliwy, jeśli nie tchórzliwy, ale są zgodni co do jednego: polscy sojusznicy to urodzone dupki, których łatwo wystrychnąć na dudka, i sprzedać szlam z Morza Martwego, byleby z nalepką „Dead Sea”. Wiedzą, że wystarczy trochę na nich pokrzyczeć, aby w końcu zaczęli płacić.

Płakać się chce patrząc na ministra spraw zagranicznych. Jak … i chce się przytoczyć anegdotę. Dyplomacie francuskiemu zdarzyło się popuścić z emocji w spodnie. Ówczesny premier Francji skomentował: wiele nie wymagam od swoich dyplomatów, ot żeby tylko nie srali w portki. Dorzućmy do tego ministra od tajnych służb przyłapanego na całowaniu się z własnym psem. Jeszcze innego ciaputowicza, o wyglądzie i charyzmie ministra od przedszkoli, mamy w ministerstwie wojny.

W 2006 r. niemiecki „Tageszeitung” pisał: Nowe polskie kartofle. Lech „mlaskający” Kaczyński (…) nie sięgający niemieckiej głowie państwa nawet do kolan. Polityk z drugiej strony Odry, który pani kanclerz na powitanie podaje w postawie na baczność przednią łapę”. Taki obraz dopełnił niedawno Prezes na antenie RMF FM:, mówiąc o bohaterskich zmaganiach rządu z wirusem, zanosił się gruźliczym kaszlem. Wśród polskich polityków nie ma Panów – jest kmiot zalękniony.

W dawnych czasach królowie nie bali się lichwiarzy – gdy stawiali się przed ich obliczem, to w zgiętej postawie, miętosząc w ręku czapkę. Polityk musi przy tym pamiętać, że reprezentując kraj za granicą, występuje w imieniu nie tyle swoim, co Rzeczypospolitej, nas wszystkich.

Jedwabne,10.07.2001 r. Uroczystości żałobne w 60. rocznicę mordu Żydów. Od lewej: ambasador Izraela prof. Szewach Weiss, Michael Schudrich, rabin Warszawy i Łodzi prezydent Aleksander Kwaśniewski oraz szef MSZ RP Władysław Bartoszewski. Fot.: PAP/Jacek Turczyk

Olo Kwaśniewski w ceremonii żałobnej na cmentarzu oficerów zamordowanych przez NKWD reprezentował majestat Rzeczypospolitej po pijaku. Trzeba mu jednak oddać sprawiedliwość – w eleganckiej, atłasowej jarmułce, przy grobach Żydów w Jedwabnem spisał się na medal. Czy z pułkiem złożonym z takich fajterów bolszewicy mieliby kłopot pod Radzyminem?

Po pięciu latach rządów (i kilku tygodniach walki z wirusem) jest okazja do smutnych podsumowań – tchórzostwo polityków, ich buńczuczne wypowiedzi w kraju i tchórzliwe milczenie za granicą, nie walka z żydokomunistyczną hybrydę, ale przymilanie się do niej. Polacy chcieli Polski spod Wiednia, a dostali tchórzy (i mydłka na czele patriotycznej opozycji, gotowego na rozkaz odtańczyć lambadę, a nawet majufesa) oraz Mateusza Jakuba Morawieckiego nawołującego: „Wszyscy Polacy jesteśmy biało-czerwoną drużyną”. Tymczasem dla Polaków nie ma żadnej biało-czerwonej drużyny. Są Oni i jest Targowica. Zamiast tchórzliwych apeli do potomków Bermana, wolą odważny apel Romana Dmowskiego: „Istnieją Polacy i pół-Polacy, a rasa pół-Polaków musi zginąć”.

Krzysztof Baliński

Artykuł opublikowany za zgodą Autora.


Ilustracje tytułowa: 17 sierpniu 2017 prezes PiS Jarosław Kaczyński (w środku) podejmował grono przyjaciół; (od lewej) przedstawiciel Chabada w Krakowie rabin Eliezer Gurary; Artur Hoffman dyrektor wykonawczy żydowskiej grupy kulturalnej TSKZ; Jonny Daniels, izraelsko-brytyjski konsultant ds. Public relations oraz rabin Shalom DovBer Stambler, przedstawiciel Chabad w Warszawie. Fot. za: forward.com, 8.10.2017.

Podkolorowanie fragmentów w tekście pochodzi od red. PCO


Więcej artykułów Krzysztofa Balińskiego na naszym portalu  >    >    >    TUTAJ .

Polecamy książkę Krzysztofa Balińskiego: „MINISTERSTWO SPRAW OBCYCH czyli w MSZ bez zmian”. Wydawnictwo Capitalbook.

*

Polish-Club-Online-PCO-logo-2
, 2020.03.29.
Avatar

Autor: Krzysztof Baliński