Odwieczne dylematy Buszmenów czyli geniusz na bani


Dylematy buszmeńskich kacyków zawsze są takie same. Chodzi o to, by przebywający na ich terenie kapitan kawalerii, uznał ich za równych sobie i obiecał, że wspomni o nich podczas audiencji u króla. Kapitan rzecz jasna nigdy nie będzie wpuszczony przed królewskie oblicze, ale kacykom się tego wytłumaczyć nie da. Oni bowiem, widząc kapitana na koniu, widząc jak wydaje polecenia, odbiera honory i jak kompania w pełnym rynsztunku defiluje przed nim każdego poranka, przekonani są, że poza nim, nie istnieje w świecie ludzi cywilizowanych żadna inna władza poza królewską.

Piszę to, żeby podkreślić, jaki jest rzeczywisty wymiar zachwytów prof. Cenckiewicza, Igora Janke i Cezarego Gmyza nad faktem, że książka Szczepana Twardocha zostanie przetłumaczona na język angielski.

Pogłębiając jeszcze tę metaforę, rzec można, że Buszmeni stoją przed wyborem – wziąć od białych całkowicie zbędne samochody i rozpocząć w nich hodowlę kur, czy może zgodzić się na pobudowanie przez busz drogi, a samochody sobie odpuścić? Buszmeni za każdym razem wybierają auta. Nie da się tego trendu odwrócić. Widomy znak wyjątkowości, wielkości i prestiżu jest ważniejszy niż wszystko inne.

Ja zaś, po raz nie wiem który postanowiłem wyłożyć tu, na czym polega kreowanie tak zwanych pisarzy. Można to nazwać hodowlą, hodowlą kur w Bentleyu, pozostawionym w stepie ku uciesze całego plemienia.

W święta coś mnie podkusiło i zajrzałem na stronę gazowni, znalazłem tam materiał poświęcony genialnej pisarce, która rozpoczęła karierę w wieku 23 lat. Skończyła oczywiście, jako pijaczka, umierając gdzieś w zapomnieniu. No, ale była genialna. Skąd to wiemy? Albowiem wszystkie literackie magazyny zajmujące się wyszukiwaniem młodych talentów ten geniusz opisywały.

Wyjaśnijmy więc może raz jeszcze – magazyny literackie nie służą do wskazywania kto jest geniuszem, a kto nie, ale do tego, by chronić na określonym terenie środowisko żyjące z publikowania treści emocjonalnych i propagandowych. To jeden człon misji. Drugi polega na sterowaniu propagandą i wynajdywaniu osób, gotowych na to, by zdefasonować tradycję i obyczaj grupy, z której się wywodzą, narzucając im wzory obce, ułatwiające sprzedaż produktów masowej konsumpcji. W skrócie chodzi o to, żeby nie było niczego.

To jest wiedza dostępna zmysłom i umysłowi, którą możemy każdorazowo potwierdzić, obserwując zachowania i czytając teksty autorów takich jak Twardoch. On właśnie przeszedł tę obróbkę, a teraz, w nagrodę, może się przebierać w dziwne łachy i opowiadać, że Kaczyński ma plan zawładnięcia światem i sterowania nim z orbity okołoziemskiej.

Nie wiem kim w związku z tym trzeba być, żeby ekscytować się jego sukcesami? Durniem chyba, bo nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Mogę jeszcze co najwyżej dodać do tego wyrazu dwa inne – aspirujący i nie dostymulowany.

Zanim powrócę do genialnej pisarki, powiem po co jest Twardoch. Otóż on jest dlatego, że Sierakowski się zużył. Okazało się, że grupy lewicowe są słabsze w terenie i utrzymywanie stymulatora ich emocji nie ma najmniejszego sensu. Po pierwsze – dlatego, że stymuluje je frustracja, co jest tańsze, po drugie, bo Sierakowski to chodząca kompromitacja i nieskuteczność.

Od wielu już lat, jasne jest, że konsumenci treści uważanych za poważne lub bardzo poważne, są na tak zwanej prawicy. I ten obszar trzeba zagospodarować. Tego nie da się zrobić bez różnych usłużnych pastuszków. Ci zaś muszą być do swoich zadań przeszkoleni, wręcz wychowani, lub odbierać je intuicyjnie, zapatrzeni w tego stojącego w krzakach Bentleya.

To jest sprawa oczywista, a jej oczywistość potwierdzana jest za każdym razem poprzez jeden mechanizm – jakakolwiek polemika rozpoczynająca się poza kręgiem wtajemniczonych jest nieważna z istoty. I to właśnie powiedzieli nam panowie Cenckiewicz, Janke i Gmyz. Dyskusja musi toczyć się w konwencji. Ta konwencja jest wymyślona dawno temu, a dziś choć przeczą jej wszystkie dostępne człowiekowi codzienne zjawiska, wcale nie jest unieważniona.

Wszyscy wiemy, że Twardoch to bałwan, ale nie, musimy mówić, że to zdolny pisarz. Bo znany, prawicowy profesor to powiedział. Do tego jeszcze dochodzi kwestia emocji i przeżyć osobistych. To jest najtrudniejsze do pokonania, albowiem każdy z nas jest zanurzony w jakiejś tradycji, obejmującej konsumpcje kultury. Ona – ta tradycja – nas jednoczy i wielu z nas prędzej odrąbie sobie rękę niż wystąpi przeciwko niej.

Ja to widzę często na targach, a od czasu wydania książki Michała o Nienackim, to jest wręcz nachalne. – Nie można tak mówić o sławnym pisarzu, bo on nam dał mnóstwo ciekawych przeżyć. Nie można szydzić z kapitana Żbika, bo byliśmy jego fanami. Teraz nie można wskazać na mechanizm, który utrzymuje na powierzchni taką nicość jak Twardoch, bo napisał on książkę „Epifania wikarego Trzaski” i tam były dwa zdania, które jednemu z drugim trafiły do serca, więc może on nie jest do końca taki zły.

Przypominam, że Marks i Engels napisali znacznie więcej zdań, które trafiły do serc milionów i z tego też wielu ludzi nie może się do dziś otrząsnąć. I ciągle liczą na to, że może jednak tamto okaże się prawdą. Jakby tak jeszcze raz spróbować, tym razem bez tych błędów i wypaczeń….

Opisanego wyżej zjawiska zwalczyć się nie da, bo człowiek gotów jest oddać życie za najgorsze śmieci, a broniąc rzeczy wartościowych i ważnych dla niego samego, będzie odczuwał skrępowanie, albowiem one nie gwarantują mu solidarności z grupą i uczestnictwa w żadnym zbiorowym misterium. Nie ma też w nich nic szlachetnego jest sam egoizm. Pisarz zaś, jak powszechnie wiadomo, jest szlachetny z samej natury, a pisarz genialny, doceniany przez globalne gremia to po prostu nowy Jezus Chrystus, który wskazuje drogę błądzącym.

Powróćmy teraz do owej amerykańskiej pisarki. Nazywała się Carson McCullers, pochodziła z Południa i w swojej twórczości zajmowała się szkalowaniem tego Południa. Jej genialne dzieło zaś nosi tytuł „Serce to samotny myśliwy”. Ja, jak przez mgłę, pamiętam ekranizację tej książki, która dawno temu puszczana była w telewizji. Było to jeszcze za komuny. Chodzi o to, że głuchy, samotny facet, który wszystkim pomaga i wszystkich słucha, szuka zrozumienia i miłości. Na koniec okazuje się, że nikt nie ma zamiaru przeżywać niczego wspólnie z nim. Wszystko kończy się samobójstwem.

Dzieło jest, moim zdaniem, nachalnie metaforyczne i wcale nie oryginalne. Jeśli ktoś chce się przekonać, niech przypomni sobie wiersz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej zatytułowany „Krowy”, to jest mniej więcej o tym samym, ale bardziej syntetycznie.

Od tej książki zaczęła się przygoda panny, a potem pani McCullers, która przez całe swoje życie, niezbyt długie, chlała i awanturowała się z mężem. Ten mąż też chciał być pisarzem, ale w szalupie zabrakło dla niego miejsca. Próbował więc ile sił w płucach płynąć za nią wpław, ale co jakiś czas ktoś dowalał mu wiosłem. W końcu się zabił. O nim jednak dobra żona nie napisała wstrząsającego opowiadania. Nie zanalizowała przyczyn jego śmierci, nie podniosła kwestii jego twórczości, która była straszliwym nieporozumieniem. Facetowi się zdawało, że jak będzie pisał o wariatkach, co obcinają sobie sutki sekatorem to zwróci na siebie uwagę. Nie o to chodziło i nie o to chodzi.

Rynek literatury przypomina nieco rynek muzyczny, ale jest uboższy, bo książka to nie płyta i nie koncert. Trzeba na nią poświęcić więcej czasu niż na słuchanie. Pisarze są też dużo mniej dynamiczni niż muzycy. Tamci mają więcej czasu na wygłupy, a książkę jednak trzeba napisać. To zajmuje czas i głowę. Kiedy więc czytam, że autorka chlała na umór i pisała dzieła genialne, mogę tylko wzruszyć ramionami. Jak do tego jeszcze dodamy informację, że przez ostatnie 20 lat życia miała sparaliżowaną połowę ciała, to mogę się już tylko roześmiać. Pijaczka z niedowładem pisze genialne książki. I ludzie w to wierzą.

Zaprawdę, zaprawdę, powiadam Wam tylko cyrk nam pozostał, tylko on jest dziś ostoją sztuki prawdziwej. Tam ślepiec nie będzie rzucał nożem do tarczy, kulawy nie zaprezentuje numerów ekwilibrystycznych, gruba baba nie zatańczy na linie pod kopułą namiotu, a gamoń nie zostanie iluzjonistą. Nie zostanie też clownem, bo do tego trzeba wrodzonej bystrości. Niestety ludzie kultury szkalują tę świątynię sztuki i nazywają ją ostoją moralnego brudu. Sam to słyszałem. No i jeszcze uważają cyrkowców za dręczycieli zwierząt. Sami będąc przy tym dręczycielami ludzi.

W świecie literatury genialnej możliwe jest wszystko – kulawy gra w piłkę na prawym napadzie, facet z zawrotami głowy usiłuje chodzić po linie, trucicielka przyrządza obiady w zakładzie zbiorowego żywienia literatów, posiadacz dwóch lewych rąk zawzięcie majsterkuje. Nad tym wszystkim pochylają się z troską i entuzjazmem na przemian, strażnicy rządzących owym światem reguł, ludzie z akademii, z dorobkiem, sławni publicyści i rozpoznawalni ludzie mediów.

Nie wiem, jak wy, ale jak następnym razem stary Zalewski zjedzie tu ze swoim cyrkiem, wybiorę się na pewno.

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  14 kwietnia 2020 r.

Ilustracja tytułowa za: TYPOTalks.com / wybór wg.pco

Artykuł opublikowano za zgodą autora.

*

, 2020.04.17.
Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski