eXtinction: Globalne ocipienie


Ilustracja muzyczna: Wonder Woman Suite

„Naród nie jest kobiecy, ani męski”
 Eva Peron Duarte

„Nienawidzę feministek, nie cierpię tego, co one robią, nie chcę mieć z nimi nic wspólnego!”
 Marlene Dietrich

Jak myślicie, kto bardziej przyczynił się do polityczno-społecznej empancypacji kobiet w XX w.: Wonder Woman czy gen. Erich Ludendorff? Oczywiście, że bóg wojny totalnej ze Swarzędza. Nie ulega wątpliwości, że totalna mobilizacja narodów walczących w I wojnie światowej mocniej pchnęła sprawę kobiecą do przodu niż działania wszystkich feministek (czy też działaczek, które po kilkudziesięciu latach od ich śmierci zaliczono do feministek). Większy udział kobiet w życiu politycznym był koncesją za ich udział w wysiłku wojennym a większy ich udział w życiu gospodarczym stał się koniecznością. Sam wysiłek wojenny doprowadził do tego, że z mody zniknęły krępujące je stroje rodem z XIX wieku. Swoje też zrobiły prozaiczne wynalazki takie jak podpaski czy szampony trwale zmieniające życie kobiet. Postęp techniczny – napędzany przez obie wojny światowe i Zimną Wojnę – sprawił, że prace domowe stały się łatwiejsze. Bynajmniej nie deprecjonuje wysiłku nielicznych aktywistek, które przed 1918 r. walczyły o prawa kobiet. Uważam jednak, że ich wysiłek byłby jałowy, gdyby nie cieszyły się przychylnością potężnych mężczyzn. To, że w Polsce kobiety zyskały prawa wyborcze w 1918 r. było wyłącznie kaprysem Piłsudskiego i Moraczewskiego. To, że prezydent Wilson nadał im te prawa w USA też nie było wynikiem nacisków jakiś mitycznych feministek – jedyną znacząca organizacją feministyczną w USA była wówczas kobieca sekcja Ku Klux Klanu W postępowo-masońskiej Francji było dużo więcej „bojowniczek o prawa kobiet” niż w „zacofanej Polsce” czy na amerykańskiej prowincji. I co? I prawa wyborcze kobiety uzyskały tam dopiero w 1946 r. Francuskie elity bały się wcześniej im je przyznać, bo uważały, że kobiety będą słuchać się księży zamiast barona Rothschilda.

Tak się jakoś dziwnie złożyło, że gdy w latach 60-tych tworzono kolejną falę feminizmu, kobiety już od dawna cieszyły się na Zachodzie wszelkimi możliwymi prawami. (No może poza prawem do wyskrobania własnego dziecka – ale i tak w wielu krajach je wprowadzono jeszcze zanim powstały tam jakieś znaczące ruchy feministyczne.) Zarówno w USA jak i w RFN, był to okres dobrobytu. Praca i mieszkania były tam wówczas o wiele bardziej dostępne niż w ostatnich latach. Nikt nie słyszał o śmieciówkach. Przeciwko czemu więc buntowały się te wszystkie radykalnie lewicowe ruchy? Przeciwko keynsowsko-newdealowskiej wersji kapitalizmu, która zapewniała im dobrobyt, możliwość swobodnego ćpania i słuchania Jima Morrisona. Ruchy te były częścią mechanizmu prowadzącego do rozmontowania ówczesnego systemu powszechnego dobrobytu i przekształcenia go w globalistyczny ład liberalny. (Widać to choćby po „dokonaniach” ruchu Black Power. Od jego powstania sytuacja czarnej społeczności w USA pogorszyła się.) Wśród tych nowych ruchów specyficzną rolę odegrał ówczesny feminizm. Warto więc zapytać przeciwko czemu się on tak właściwie buntował?

Na pewno nie przeciwko purytanizmowi obyczajowemu. Lata 60-te na Zachodzie były bowiem okresem niesamowitej swobody seksualnej. Wszyscy spali ze wszystkimi i mieli gdzieś, co sądzą na ten temat ich rodzice z „Najwspanialszego Pokolenia”, nauczyciele, księża, pastorzy czy rabini. Lasencje od Charliego Mansona łaziły sobie nago po ulicach i nikomu to nie przeszkadzało. Antykoncepcja była równie powszechnie dostępna jak narkotyki. Gdzie więc ten „straszny purytanizm” i „opresyjny patriarchat”? Czasy współczesne są o wiele bardziej purytańskie a feministki w tym purytanizmie przodują bóldupiąc z powodu każdego obrazka na którym atrakcyjna seksualnie kobieta jest pokazana w kontekście erotycznym.

Za inaugurację „nowoczesnego” ruchu feministycznego w USA uznaje się  protesty z 1968 r. przeciwko wyborom Miss America. 1968 rok był w Stanach Zjednoczonych bardzo burzliwy. Wybuchały zamieszki związane z wojną wietnamską oraz sprawami rasowymi. A co było wówczas największym problemem działaczek feministycznych? Wybory Miss. Strasznie je oburzało, że jakieś ładne lasencje próbują robić karierę na swojej urodzie. W proteście przeciwko temu konkursowi feministki paliły m.in. biustonosze (wielu z nich raczej nie potrzebne), sztuczne rzęsy czy nawet lakiery do włosów (nie wiem, czy któraś z nich odniosła jakieś obrażenia po wrzuceniu takiego zasobnika w ogień). Ich aktywizm przejawiał się w tamtych czasach również w tym, że oskarżały o molestowanie seksualne lewackich, studenckich aktywistów. Część oskarżonych była gejami, inni nie musieli żadnych dziewczyn molestować – było przecież mnóstwo takich, które dobrowolnie nadstawiały im wszystkie otwory. Podobną oskarżycielską pasję wymierzoną w lewackich aktywistów można było zauważyć również u ówczesnych niemieckich feministek. I to ludzi dziwiło, bo szczególnie te niemieckie były wyjątkowo nieatrakcyjnie seksualnie. Pachniało to więc z daleka prowokatorską robotą.

Przypomnę zresztą, co pisałem w serii Euphoria:

„Dla CIA przez wiele lat pracowała również Gloria Steinem , jedna z „matek” ruchu feministycznego. Wiele wskazuje, że działała dla Agencji nawet wówczas, gdy głosiła swoje radykalne, feministyczne tezy. Oficerem prowadzącym Steinem był Cord Meyer, szycha z samego serca Agencji, były członek Unii Światowych Federalistów. (Jego była żona, malarka Mary Pinchot Meyer, została kochanką JFK i rzekomo dostarczała mu LSD od Timothy’ego Leary, twórcy „rewolucji psychoaktywnej” lat ’60-tych. Została zamordowana w październiku 1964 r.) Steinem pracowała też z kubańskim uchodźcą Carlosem Bringierem zaangażowanym w ustawkę z Oswaldem, była dziewczyną Johna Stanleya Pottingera, szychy z Departamentu Sprawiedliwości w czasach Nixona, Forda i Cartera, którego obwiniano o tuszowanie sprawy zabójstwa Martina Luthera Kinga i kochanką Henry’ego Kissingera.”

Steinem miała jeszcze w miarę „mieszczańskie’ poglądy. I naprawdę za młodu nie wyglądała źle (na co wskazuje je zdjęcie jako króliczka Playboya). Później jednak na wierzch tej feministycznej zupy wypłynęły m.in. takie dziwaczne postacie jak Andrea Dworkin. Fotki nie wstawiam, byście mogli w spokoju zjeść obiad. W każdym bądź razie ta czołowa przedstawicielka antypornograficznego nurtu feminizmu co jakiś czas skarżyła się, że jest „molestowana seksualnie”. Raz miał ją molestować kolega… „obcesowo podając słuchawkę telefoniczną”. (W Polsce przez kompletnych debili antypornograficzne środowiska prawicowe mocno jest promowana jej koleżanka Gail Dines, która pokazała swoje podwójne standardy m.in. przy sprawie fałszywie oskarżonych o gwałt zawodników lacrosse z Uniwersytetu Duke.) W latach 70 zaczął się umacniać w ruchu feministycznym bardzo silny nurt antyseksualny a jednocześnie opowiadający się za rozwiązaniami depopulacyjnymi.

W Niemczech nestorką tego ruchu jest Alice Schwarzer – koleżanka znanego pedofila Daniela Cohn-Bendita.  Ostatnio jej gwiazda nieco przygasła, bo w 2016 r. skazano ją za to, że w latach 80-tych ukrywała równowartość 4 mln euro na tajnym koncie w Szwajcarii. Skąd miała te pieniądze? Nie wiadomo. W każdym bądź razie już w latach 70-tych została obwołana „papieżycą niemieckiego feminizmu”. Tak się akurat składa, że kilka lat temu kupiłem od niemieckich nihilistów („Nie wierzymy w nic, kompletnie w nic, rozumiesz?”) książkę „Retrospektywa feminizmu” autorstwa dr Kerstin Steinbach. Autorka jest niemiecką ginekolog, a przy tym antychrześcijańską marksistką i reichstką. Bardzo ostro atakuje feminizm z proseksualnych pozycji ideologicznych Wilhelma Reicha. Wiele z jej poglądów może szokować, ale lektura była ciekawa (zwłaszcza, że w książce był bogaty materiał ilustracyjny :). Steinbach dogrzebała się do tego, co w latach 70-tych pisała Schwarzer i jej uczennice. I jak się okazuje, tamte feministki prezentowały stanowisko mocno purytańskie a przy tym silnie antynaukowe. Pisały np., że tampony mogą zabijać! Czasopismo „Courage” donosiło w 1981 r. o śmiertelnej chorobie przypominającej grypę wywoływanej przez tampony.

„Jednym z naszych sukcesów jest stosowanie miodu, czosnku i jogurtu zamiast dopochwowych lekarstw, tabletek, maści i kauteryzacji przy niektórych chorobach” – pisała Schwarzer w książce „Mała różnica” z 1975 r. Nie wiem ile kobiet  mnie czyta, ale może któraś z Was mnie oświeci. Czy wkładanie czosnku w waginę jest nadal zalecaną terapią? Kontynuujmy tę jazdę bez trzymanki. W tej samej książce Schwarzer pisała, że:

„orgazm pochwowy nie istnieje. Jest fizjologicznym absurdem, bowiem pochwa ma tyle zakończeń nerwowych co jelito grube, a to znaczy: prawie wcale. Jej główna część może być operowana bez znieczulenia”.

I znów pytanie do dziewczyn: czy rzeczywiście pozwoliłybyście na operowanie swojej waginy bez znieczulenia? Pytanie do męskiej części czytelników: jak zareagowała wasza kobieta, gdy próbowaliście włożyć jej palec w tylną dziurkę? Na pewno w ciekawy sposób 🙂 Więc jak można pisać, że jelito grube nie ma prawie zakończeń nerwowych?

Schwarzer z tego, że prawdopodobnie nigdy nie miała orgazmu wyciągnęła wniosek, że waginy u wszystkich kobiet są prawie pozbawione zakończeń nerwowych. Żadna kobieta nie osiąga więc przyjemności z seksu. Więc każdy heteroseksualny stosunek seksualny jest gwałtem. Jej kontynuatorki rozwinęły tę ideę twierdząc, że należy im się „zapłata za gwałt”! Na bzdurze mówiącej, że orgazm waginalny nie istnieje zbudowano teorię mówiącą, że seks to forma eksploatacji kobiet narzucona przez patriarchat panujący od tysięcy lat.

A co było wcześniej? Utopia  „szlachetnego dzikusa” podobna jak w pracach Rousseau i Weishaupta. Schwarzer pisała w „Małej różnicy”, o tym, że rzekomo „przed naszą erą” istniały w Basenie Morza Śródziemnego „wysoko ucywilizowane ludy barbarzyńskie”, w których „panował matriarchat” a mężczyźni byli „niżsi od kobiet”, „od pierwszego dnia zajmowali się narodzonym potomstwem” i byli „bardziej kokieteryjni i bojaźliwi”. Oczywiście archeolodzy nigdy nie natrafili na ślady żadnej z tych cywilizacji wziętych przez Schwarzer ze swojej „prawie niewrażliwej” kiszki stolcowej. Współczesna nauka dopuszcza to, że u zarania neolitu mogły w różnych miejscach występować społeczności matriarchalne, ale nie ma na to żadnych dowodów. Matriarchat przetrwał później tylko w kilku prymitywnych społecznościach takich jak Irokezi, ale i tam mocno różnił się od feministycznych fantazji Schwarzer. Oczywiście feministki nie uznają „patriarchalnej nauki’ i nadal głoszą swoje brednie.

W przekazie dla normalsów feministki przekonują, że walczą o równość. Gdyby jednak walczyły o równość to opowiadałyby się za powszechną służbą wojskową kobiet – tak jak np. u kurdyjskich marksistów czy w Izraelu, a także za zrównaniem wieku emerytalnego obu płci, czy wprowadzeniem opieki naprzemiennej po rozwodach. Nie chodzi im jednak o żadną równość, tylko o przywileje dla jednej płci. Ale oczywiście nie dla wszystkich – bo starają się przecież utrudniać życie dziewczynom, które swoją pracę opierają na urodzie (np. doprowadziły do wyrzucenia z pracy przez F1 hostess).

Nie da się ukryć, że nasze role płciowe są zdeterminowane funkcjami biologicznymi. Historyk wojskowości Martin van Crevald zauważył, że męskie życie jest zwykle cenione mniej od kobiecego, dlatego, że kobiety są demograficznymi „wąskimi gardłami”. Teoretycznie jedna może urodzić kilkanaście dzieci, gdy jeden mężczyzna może zapłodnić setki kobiet. Jeśli więc chcecie dokonać ludobójstwa – załatwiajcie w pierwszej kolejności kobiety wroga. Świadomość tego, że życie mężczyzny jest mniej warte od życia kobiety wymagała jednak stworzenia mechanizmu kompensującego – uznania, że osiągnięcia mężczyzny są więcej warte niż osiągnięcia kobiet. Poległych bohaterów wojen musimy celebrować dlatego, by następne pokolenia mężczyzn były gotowe w tych wojnach walczyć. (Zauważcie, że nawet kucharze, fryzjerzy i projektanci mody są bardziej cenieni od kucharek, fryzjerek i projektantek.) Pod wpływem feminizmu zaczęto jednak podważać męskie dokonania i forsować narrację o „opresyjnym patriarchacie” niosącym za sobą tylko „rasizm, seksizm i opresję”. Młodzi chłopcy w krajach Zachodu są uczeni, by wstydzili się swojej „toksycznej męskości”. Osiągnięcia mężczyzn są deprecjonowane a kobiet afirmowane. To sprawia, że płci męskiej mniej się chce wszystkiego. Więc do ich zastąpienia szykują się kolejne fali migracji agresywnych samców z krajów o średnim IQ poniżej 80.

Dr Steinbach twierdzi, że motywacja wielu feministek była prozaiczna. Chciały w latach 60-tych i 70-tych stłamszenia swobody seksualnej, po to by odzyskać szanse na rynku matrymonialnym. „Feminizm w jego społecznym wymiarze był wspomaganym przez państwo ruchem córeczek z klasy średniej i wyższej, które, licząc na dożywotnie utrzymanie przez płacącego ojca swej przyszłej rodziny, chciały wykorzystać uniwersytet jako targowisko małżeńskie. W obliczu spadku cen na rynku cip, który nastąpił w skutek humanizacji seksualności w Lepszych Czasach dzięki pigułce antykoncepcyjnej i pełnemu zatrudnieniu, feminiści niesamowicie szybko przystąpili do odkręcania koła historii” – pisze Steinbach.

Rzeczywiście, można odnieść wrażenie, że feminizm tego nurtu dążył przede wszystkim do zapędzenia mężczyzn w tryby życia rodzinnego – ale dla odmiany z dominującą rolą kobiety. To się jednak w dużym stopniu nie udało. Po co bowiem facetowi małżeństwo skoro seks jest stosunkowo łatwo dostępny, usługi sprzątające można wynająć, zjeść na mieście a potrzeby posiadania obsranego dzieciaka jakoś się nie ma? Po co komuś zrzędząca maciora, która deklaruje, że nie będzie nic w domu robić i jeszcze odmawia seksu? Wchodząc w związek małżeński ryzykuje się rozwód, czyli utratę majątku i dodatkowo możliwość wrobienia w przemoc domową czy pedofilię. Trudno się więc dziwić, że małżeństwo przegrywa obecnie z konkubinatami. Pojawiły się też trendy będące radykalną reakcją na feminizm typu ruch MGTOW czy incele.  Feministki próbują uszczelnić system walcząc z pornografią czy usługami seksualnymi. To jednak wywoła wyłącznie opłakane skutki. (Nie bez powodu św. Augustyn i św. Tomasz z Akwinu uznawali prostytucję za zjawisko, które powinno się do pewnego stopnia tolerować. I nie bez powodu za jedną z najważniejszych reform Solona uznano stworzenie w Atenach państwowego burdelu, który był dostępny cenowo dla wszystkich i w którym pracowały wyłącznie cudzoziemki.)

Widzimy więc też desperackie starania, by zmienić gusta seksualne mężczyzn. Propaguje się m.in. ruch „body positivity” przekonujący, że brzydsze panienki są tak naprawdę bardzo atrakcyjne. Zwłaszcza te monstrualnie grube. (Inna sprawa, że tym grubym robi się krzywdę zdrowotną przekonując je, że ich tusza jest „piękna”.)

No cóż, problemem dla wielu kobiet może być to, gdy mężczyzna nie szuka sobie partnerki za wszelką cenę. Tylko czeka i mądrze wybiera. Przykład Silvio Berlusconiego – najbardziej prokobiecego polityka europejskiego 🙂 – pokazuje, że nawet na stare lata można być otoczonym wianuszkiem kobiet. (Wróżbitka z taoistycznej świątyni Wang Tai-sina w Hongkongu powiedziała mi: „Będziesz dużo kłócił się z dziewczynami. Ale nie przejmuj się. Na starość charakter będzie ci łagodniał, a panienek będziesz miał dużo.”).

A przecież technologia się rozwija i za jakiś czas będziemy mieć niesamowicie realistyczne seksroboty. Każdy będzie mógł kupić sobie robotyczną kobietę będącą pod względem dotykowym niemal nie do odróżnienia od prawdziwej – a przy tym dopasowaną do naszych preferencji pod względem wyglądu i osobowości. Kto by się wówczas decydował na szwedzki model życia rodzinnego?

Feminizm staje się też ideologią schyłkową za sprawą transgenderyzmu. Skoro mamy 56 płci, to czemu mielibyśmy akurat traktować wyjątkowo kobiety? Zwłaszcza, że przekonuje się nas teraz, że „kobieta też może mieć penisa”?  Widząc jak transpłciowy młody zapaśnik czy bokser robi na ringu mokrą plamę z biologicznej kobiety widzimy jak działa postęp. Pewna idea spełniła już swoje zadanie, czas więc ją wysłać na śmietnik historii i sięgnąć po nowy etap niszczenia gatunku ludzkiego.

Ale cóż, to jak się sprawy dalej potoczą zobaczymy dopiero po pandemii…

***

To już ostatni odcinek serii eXtinction. Została ona przyćmiona przez pandemię koronawirusa. Ale być może pozwoliła też zrozumieć pewne aspekty kryzysu trapiącego Ziemię.
W kwestii pandemii na pewno jeszcze wypłynie wiele bardzo ciekawych informacji, które Wam przybliżę. Kończąc tę serię chciałbym jednak zwrócić Wam uwagę na to, co może się wydarzyć po pandemii.

Moją uwagę zwróciły ostatnio filmy Dicka Allgire – „remote viewera”, czyli człowieka, wyszkolonego w wojskowej technice „zdalnego widzenia” używanej przez parapsychicznych szpiegów. W poniższym filmie pokazuje on wizje pustych miast, które miał w zeszłym roku. Widział również kopanie masowych grobów. Zwróćcie uwagę na fragment od 6:57. Pokazuje on przekazanie władzy wojsku przez Kongres a także nowy system ekonomiczny – oparty zapewne na państwowej kryptowalucie. Mowa też o masowych przesiedleniach. Być może w związku zamieszkami w wielkich miastach (a może jakąś inną katastrofą?). Ten system oparty na pieniądzu elektronicznym jest zgodny z moimi intuicjami.

Na innym filmiku twierdzi, że obecny kryzys jest obserwowany przez… Obcych. Inny remote viewer twierdzi, że skutkiem tego załamania będzie powstanie „świata rodem z sci-fi”. Czyżby miała się sprawdzić moja teoria Marszu Wyzwoleńczego z serii Phobos?

A już wkrótce kolejna seria: Exile.  Choć jestem namawiany też do kontynuacji serii Sny..,.

Autor: foxmulder

Źródło:   foxmulder2.blogspot.com, 18 kwietnia 2020.

Artykuł opublikowany za zgodą Autora.

*

Przeczytaj więcej artykułów tego autora na naszym portalu  >  >  > TUTAJ.

*

Poglądy autorów publikowanych materiałów nie koniecznie muszą być zgodne ze stanowiskiem redakcji PCO.

*

Polish-Club-Online-PCO-logo-2
2020.04.19.