Szlakiem śmierci. Koniec tajemnicy Riese. Kompleks Książ. Projekt Haunebu i Dzwon. Część XIX.


Ciąg dalszy tematyki części XIII i XIV.

Czy UFO?

14 grudnia 1944 r. „New York Times” informował, że z terytorium Rzeszy startują okrągłe, pozbawione skrzydeł pojazdy: „Pojawiają się pojedynczo lub w formacjach. Niektóre są metaliczne, inne wydają się przezroczyste”. Sposób poruszania się tych pojazdów sugerował, że Niemcom udało się odkryć i ujarzmić antygrawitację. W jaki sposób? Tego chyba nikt nie wie. Wywiad angielski zlokalizował miejsca, z których startowały tajemnicze obiekty. I choć alianci panicznie bali się nowej, niemieckiej broni, to miejsc tych nigdy nie zbombardowano. Dlaczego? No cóż, to chyba jasne – do dziś są to pilnie strzeżone bazy wojskowe, objęte klauzulą najwyższej tajności. Z archiwum wynika, że podczas wojny udało się Niemcom wyprodukować, oprócz ogólnie znanych V-1 i V-2, również V-4 i V- 7. Prawdziwą rewelacją okazał się Vril-1.

Po wojnie, 2 lipca 1947 r., miał miejsce incydent w Roswell, gdzie nastąpiło rozbicie się niezidentyfikowanego obiektu latającego, około 120 kilometrów na północny zachód od Roswell w stanie Nowy Meksyk w USA. Do dziś nie ma pewności czym ten obiekt był w rzeczywistości. Wrak został zabrany do wojskowej bazy w Roswell, gdzie był badany – jedna z teorii spiskowych mówi że pozaziemskie formy życia znalezione we wraku przetrzymywano i badano w Strefie 51 w stanie Nevada. Później, decyzją Jesse Marcela, przekazano go naczelnemu dowództwu. Wiadomość o wypadku została bezzwłocznie rozpowszechniona w całym kraju. Jeszcze tego samego dnia wieczorem dowódca Eighth Air Force generał brygady Roger Ramey ogłosił dementi. Oznajmił, że to, co niektórzy uznali za latający spodek, było w rzeczywistości meteorologicznym balonem sondażowym.

UFO podobno najczęściej rozbijają się w Stanach Zjednoczonych. Przykładowo, niezidentyfikowane obiekty latające miały rozbić się w 1950 roku w okolicach Del Rio, w 1962 roku w Nowym Meksyku, w 1965 roku w okolicach Kecksburga, w 1975 roku w stanie Michigan, w 1992 roku w South Haven Park na Long Island w Nowym Jorku oraz w 1998 roku w miejscowości Manteca w Kalifornii.

Wraki UFO, zdaniem wielu badaczy tematu, znaczą całą mapę świata. Do katastrofy niezidentyfikowanych obiektów latających dojść miało w 1953 roku w Johannesburgu w RPA , w 1981 roku w Argentynie i w wielu innych miejscach [ Katastrofy UFO chronologia, alternews.pl, 6.09.2018 ].

11 lipca 1991 r. miliony mieszkańców miasta Meksyk, jednej z największych metropolii świata, wstrzymały oddech w oczekiwaniu na zaćmienie słońca, które miało na sześć minut zamienić dzień w noc. I choć już samo zaćmienie było wydarzeniem niezwykłym, uwagę tysięcy obserwatorów przyciągnęło zjawisko jeszcze dziwniejsze. Dokładnie o godz. 13:22 miejscowego czasu, z nieba „wystrzelił” błyszczący, metalowy obiekt, który cicho zawisł po lewej stronie słońca zasłoniętego księżycem. Tkwil tak nieruchomo przez pół godziny; wystarczająco długo, aby zdążyło go sfilmować aż 17 posiadaczy kamer wideo, znajdujących się w różnych punktach miasta. Analiza wykazała, że zdjęcia przedstawiają metaliczny statek, wirujący wokół własnej osi.

Według jednego z najpopularniejszych meksykańskich dziennikarzy telewizyjnych, Jaime Maussana, przez kilka następnych miesięcy Meksyk ogarnęła prawdziwa „gorączka UFO”. Maussan zainteresował się tym zjawiskiem wkrótce po zaćmieniu, kiedy na jego apel o przesyłanie do telewizji amatorskich zdjęć UFO, do redakcji nadesłano niewiarygodną ilość zdjęć wykonanych od czasu zaćmienia, zarówno w dzień, jak i w nocy.

W 1995 r. w ręce ufologów trafił film wykonany przez jedną z kamer systemu ochronnego bazy lotniczej Nellis w Nevadzie w USA, w pobliży której znajduje się słynna Strefa 51. Na zdjęciach widoczny jest metaliczny statek powietrzny. Autentyczność zdjęć potwierdziło wielu wojskowych analityków, między innymi Bill Sweetman, ekspert w dziedzinie tajnych technologii. W 1996 r. twórcy programu „Sightings” („Spotkania”), emitowanego w amerykańskiej telewizji, porównali film ze zdjęciami wykonanymi w Meksyku. Oba obiekty są identyczne, co sugerowałoby, że UFO nad Meksykiem było częścią supertajnego programu wojskowego USA (Faktor, dwutygodnik 1999, nr 16).

Książ – „podziemia są olbrzymie”

Na mapie Cery jest zamieszczona krótka informacja o kompleksie Książ. Wejścia do podziemi są położone z obu stron zamkowej góry na wysokości 350 m n.p.m. Łączna długość podziemnych chodników to około 1080 m o powierzchni 4 tys. 150 m kw., i kubaturze 16 tys. 250 m sześciennych. Kompleks ma wybudowany szyb o średnicy około 8 m i o głębokości 51 m. Prowadzi on z dziedzińca zamku, tuż przed portalem wejściowym w głąb podziemi – dziś są widoczne jego ślady. O drugim szybie nie ma nigdzie wzmianki.

Katorgę w Książu przeżył jako jeden z niewielu więźniów, Polak, chemik po studiach w Berlinie. Do Książa trafił prosto z Powstania Warszawskiego. Należał do specjalnej grupy 5 osób – więźniów – specjalistów i naukowców dopuszczonych do tajnych materiałów, planów technicznych broni. Żył ze świadomością, że on i jego utytułowani współwięźniowie nie maja prawa przeżyć tej wojny, „…dla nich (Niemców – przy. J.C.) pracowali jacyś Rosjanie (naukowcy – jeden z nich był konstruktorem), oprócz tego Niemca, którego potem Amerykanie zabrali ze sobą. Na zamku pracowała elita konstruktorów niemieckiego lotnictwa…”.

Pracował i był jednym z niewielu przy zabezpieczaniu dokumentacji. Oto fragment z jego listownej relacji przekazanej rodzinie:

„W Górach Sowich była jakaś niemiecka baza i stamtąd Niemcy przywozili fachowców, górników, geodetów… Książ miał być olbrzymią bazą dowodzenia, kierowania. Ostatnie 10 dni przed wejściem Rosjan (Niemcy nigdy nie sądzili, ze Rosjanie zajdą tak daleko) było tylko murowanie.

Podziemia są olbrzymie, hale nawet 4-kondygnacyjne (stan na jesień 1944 roku –przyp. J. C). Podziemia są gotowe, są nawet dwa wózki (elektryczne?) takie jakie mają w kopalniach – na szynach. Tam jest olbrzymie, wielkie ni to laboratorium ni to jakaś manufaktura. Na zamku pracował też między innymi Rudolf Lusar, którego znałem z przed wojny. (Jedne z pierwszych schematów niemieckich tajnych broni i latających obiektów opublikował w swej książce w 1958 r. właśnie oficer Luftwaffe – Rudolf Lusar – przyp. J. C.).

…Dostęp do podziemi był trzema drogami. Jedna prowadziła z zewnątrz, którą mogli wjeżdżać – którą potem zamurowali, druga prowadziła piwnicami, ale trzecia prowadziła jakąś windą w górę…

…Stryj opuszczał zamek z ostatnią grupą zabezpieczającą. W podziemiach pozostały hale pełne konstrukcji, takie obiekty (zakonserwowane i zabezpieczone) …Grupa została zlikwidowana, a on ciężko ranny, zakrwawiony cudem przeżył pod stosem ciał…„ („Mapa Książ” Cery).

Oto pełna relacja

W drugiej połowie lat 90 XX w. stacja telewizyjna TVN emitowała cieszący się wielką popularnością wśród widzów program pt. „Nie do wiary”. Był prowadzony przez redaktora Macieja Trojanowskiego i poświęcony głównie zjawiskom paranormalnym oraz różnego rodzaju teoriom spiskowym. Jeden z odcinków programu był poświęcony zamkowi Książ, a właściwie jego mrocznym tajemnicom z okresu II wojny światowej.

Po emisji programu, do redakcji został nadesłany list z intrygującymi informacjami. Jego autorką była pani Elżbieta R. z Warszawy. Kobieta twierdziła, że posiada sensacyjne informacje dotyczące wojennych tajemnic zamku Książ i opisała je w liście.

„Uprzejmie informuje, że w sprawie Książa – jego tajemnic, oraz innych spraw poniemieckich związanych z Dolnym Śląskiem posiadam dużo danych, może nawet tajemnic powierzonych mi przez mojego stryja, który jako specjalista chemik zabezpieczał Niemcom już uciekającym z wyżej wymienionych terenów różne tajemnice”.

Pani Elżbieta twierdziła, że po zakończeniu wojny wielokrotnie towarzyszyła stryjowi w wyprawach na Dolny Śląsk. Odwiedzali wówczas m.in. zamek Książ a stryj ujawniał kobiecie tajemnice związane z obiektem. Z informacji przekazanych przez panią Elżbietę wynika, że jej stryj Ludwik P. urodził się w 1900 lub 1901 r. w Krakowie i był absolwentem Politechniki Berlińskiej na wydziale chemii. Uzyskał specjalizację związaną z konserwacją dokumentów papierowych. W trakcie powstania warszawskiego był ranny i jako oficer trafił do niewoli. Po tym jak Niemcy odkryli na kopercie zegarka Ludwika P. wygrawerowany napis informujący o tym jaką ukończył uczelnię i dowiedzieli się o jego specjalizacji, mężczyzna został przeniesiony najpierw do jakiejś kancelarii, a następnie przewieziony do Książa. Z informacji Elżbiety R. wynika, że jej stryj w Książu miał trafić do jakiejś pracowni chemicznej, która znajdowała się w podziemiach. Tam Niemcy zlecali mu wykonywanie konserwacji różnego rodzaju dokumentów. Kobieta twierdzi, że informacje pochodzące od jej stryja miały dotyczyć m.in. zamaskowanych w podziemiach pod zamkiem komór, do których dostęp zabezpieczono płytami pancernymi. W komorach tych miała zostać ukryta dokumentacja dotycząca prac, prawdopodobnie nad bronią nuklearną oraz zaawansowanymi konstrukcjami lotniczymi oraz ich modele.

„Na zamku mieszkała elita konstruktorów niemieckiego lotnictwa. Obiekty latające były takie, które były wypuszczane i nigdy nie wróciły i były przypuszczenia, że oni je lokowali w Górach Sowich – tam (na zamek) przychodziły gotowe elementy, gdzie produkujący nie zdawali sobie sprawy co produkują. Niemcy chcieli uruchomić jakiś przejazd (łączność?) pomiędzy pojazdami.

Stryj opuszczał zamek z ostatnią grupą zabezpieczającą. W podziemiach pozostały hale pełne konstrukcji, takie obiekty (zakonserwowane i zabezpieczone) …Grupa została zlikwidowana, a on ciężko ranny, zakrwawiony cudem przeżył pod stosem ciał…„ – opisała relację stryja Elżbieta R.

W dalszym ciągu relacji czytamy, że 10 dni przed wejściem do zamku wojsk radzieckich (8.V.1945 r.) prowadzone były w podziemiach tylko prace murarskie i maskujące. Intrygujący jest również opis dwóch komnat wewnątrz zamku, które mają kryć wielką tajemnicę.

Są dwie komnaty, w których trzeba odbić stiuki, trzeba zdjąć pierwszą warstwę tynku. Tam są piękne lustra w tej sali, nie jest to sala Maksymiliana. Po odbiciu tynku, pod nim będzie zabezpieczenie takich klamer i za tymi klamrami będzie jeszcze tynk, a tam dalej rury. Duże rury może przekroju rynny, tam są wsadzone tuby zabezpieczone przed pożarem.

Tam są jakieś dokumenty, muszą być bardzo cenne skoro są one w ten sposób zabezpieczone i to mi stryj pokazał, bo on to chował. On mi powiedział tam są dokumenty, tam są nawet mikrofilmy”- wyjaśniała w liście Elżbieta R.

Sensacyjnie brzmi również treść listów, które kobieta otrzymała pod koniec lat 60-tych od stryja, mieszkającego wówczas we Wrocławiu. W jednym z nich pojawia się np. informacja o pojazdach latających. Do listu został dołączony szkic na bibule, który przedstawia pojazdy. Pojazdy do złudzenia przypominają „latające talerze” nazywane popularnie UFO.

Oto treść listu Ludwika P. „Elżbietka mam trochę wolnego czasu, więc Ci uzupełniam Książ. Odszukaj w RFN (mojego byłego) majora armii niemieckiej Rudolfa L. (na mapie Cery opublikowano całe nazwisko Rudolf Lusar) dogadasz się z nim na pewno (na podstawie koneksji Pszczyna von Pless). On był w Książu, on znał plany tzw. brakującego skrzydła. Osobiście z nim rozmawiałem kilkakrotnie – tęga głowa jako inżynier, wspaniałe pomysły, realizacja szybka, bardzo ceniony przez „górę” niemiecką. Jakieś informacje techniczne podobno sprzedał armii USA? Były takie wersje. Nikt nie wie czy to prawda, czy plotka. Na bibułce załączam Ci szkic pojazdu jaki gotowy czeka w Książu. Myślę, że ty pierwsza jego dotkniesz. Tylko co ktoś da Ci w zamian? Każdy liczy nagrodę forsę, szczególnie ci, których wkład jest prawie żaden(…) Hale, w których stoją „pojazdy” są bardzo wysokie – 3 lub 4 kondygnacje. Stropy specjalnie konstruowane, wyliczone, aby nie groziły zawaleniem. Wiem, że to widziałem, część mogłem sam sprawdzić na wyliczeniach. Boję się, że sama nie dasz rady wejść tam, nawet przy pomocy wojska”.

Ludwik P. zmarł w 1973 r. we Wrocławiu. Nie wiadomo czy żyje Elżbieta R. Cała historia brzmi jak scenariusz filmu science fiction i budzi wiele wątpliwości.

Nie brakuje jednak zwolenników teorii o nazistowskich „latających talerzach” tzw. V7, którzy prace nad ich konstrukcją wiążą właśnie z zamkiem Książ w Wałbrzychu.

W obecnych czasach i przy obecnej technologii część informacji pochodzących od Elżbiety R. można bez trudu zweryfikować. Wnikliwe prześwietlenie ścian, stropów i posadzek w komnatach czy nieznanych podziemi zamku Książ, z użyciem specjalistycznych urządzeń pomiarowych, bez trudu pozwoliłoby namierzyć w nich ukryte metalowe rury, czy płyty pancerne.

Pozostaje tylko pytanie, czy ktoś zechce kiedyś przeprowadzić takie poszukiwania i wyłożyć pieniądze na ich realizację? Pozostaje również pytanie, czy w przypadku namierzenia w ścianach metalowych konstrukcji, konserwator zabytków wyda zgodę na dostanie się do ich wnętrza?

To mało prawdopodobne. Kilka lat temu ekipie eksploratorów udało się namierzyć zamaskowaną komnatę w pobliżu baszty Jerzego. Konserwator nie wyraził jednak zgody na demontaż posadzki, by eksploratorzy mogli wejść do wnętrza tajemniczej komnaty. (Na podst. „Panorama Kłodzka”).

Powyższa relacja była zamieszczona jako komentarz pod artykułem Stanisława Michalika „Zacznijmy od Wilka”. Komentarz został opracowany na podstawie artykułu zamieszczonego w „Panoramie Kłodzkiej”. Wszystkie komentarze zostały usunięte.

Artur Szałkowski 19 lipca 2015 r. zamieścił relację w „Gazecie Wrocławskiej” pt. „Czy Niemcy pracowali w Książu nad latającymi talerzami”, gazetawroclawska.pl, 19.07.2018.

Próba weryfikacji listu Ludwika P.

Ludwik P. w liście do Elżbiety R. między innymi napisał: „Są dwie komnaty, w których trzeba odbić stiuki, trzeba zdjąć pierwszą warstwę tynku. Tam są piękne lustra w tej sali, nie jest to sala Maksymiliana. Po odbiciu tynku, pod nim będzie zabezpieczenie takich klamer i za tymi klamrami będzie jeszcze tynk, a tam dalej rury. Duże rury może przekroju rynny, tam są wsadzone tuby zabezpieczone przed pożarem. Tam są jakieś dokumenty, muszą być bardzo cenne skoro są one w ten sposób zabezpieczone i to mi stryj pokazał, bo on to chował. On mi powiedział tam są dokumenty, tam są nawet mikrofilmy”- wyjaśniała w liście Elżbieta R.

W 1948 r. przedmioty, dokumenty, które zostały ukryte w podwójnym suficie, zostały przez kogoś zabrane. Mówi o tym dokument UB.

APWr PIGM sygn. 61, k. 108

Sprawozdanie Feliksa Plucińskiego (IT) z dnia 27.11.48 r.

(…) w drodze powrotnej z Głuszycy wstąpiłem do zamku w Księżnie celem penetracji i sprawdzenia podanych mi swego czasu w Wałbrzychu informacji o istnieniu w zamku podwójnych sufitów, pomiędzy którymi organizacja „Todt” ukryła dużo przedmiotów. W kilku komnatach sufity takie się znajdują, ale zostały już porobione w nich duże dziury i przedmioty zabrane (jeśli się tam znajdowały).

Inspektor we wnioskach pisze: „Dalsza penetracja zamku bezcelowa, gdyż przez okres 12 miesięcy stacjonowało tam wojsko Armii Czerwonej.”

Sprawozdanie z 27 listopada 1948 r. Feliksa Plucińskiego świadczy o tym, że informacja zawarta w liście Ludwika P. do Elżbiety R. jest prawdziwa. W tekście poniżej inne informacje świadczące o prawdziwości danych zawartych w liście Ludwika P.

Inne remanenty.

W przyległych do biblioteki garażach ob. Witkowski znalazł windę mechaniczną z dieslowskim motorem (…).

APWr PIGM sygn. 61, k. 107.

W sprawozdaniach Rogali z dnia 2.12.1948 r. ze zwózki różnych remanentów znajdujemy między innymi informację, że z zamku Księżno zabrano:

  1. Motor Diesla z windą i stalową linę.
  2. Motor elektryczny Siemensa i inne remanenty.

APWr PIGM sygn. 61, k. 86.

Karta ta zwiera protokół z zabezpieczenia (dozoru) różnych przedmiotów z zamku i okolicy Książa; żelaza zbrojeniowego, radiatorów, koleb, szyn, rur, i innych w sumie 26 pozycji (Marek Lubicz-Woyciechowski, „Tajemnicza działalność Przedsiębiorstwa Poszukiwań Terenowych świetle zasobów Archiwum Państwowego we Wrocławiu, Wydawnictwo My Book, Szczecin 2006 r.).

Likwidacja grupy

Jedyną mieszkanką pozostawioną przez Niemców na zamku (z niewiadomych dotychczas przyczyn) jest przebywająca tam do dziś pani Dorota Stempowska. Nie myli się w swojej relacji, potwierdzają to zeznania więźniów. Nie wspomina jednak, że więźniowie przywiezieni na zamek w lutym 1945 różnili się od znanych jej dotychczas wychudzonych widm Arbeitslager Fürstenstein. Byli dobrze odżywieni, nosili porządniejsze kurtki i czyściejsze pasiaki. Gdy szli do pracy, nie było już słychać stukotu więziennych drewniaków – czyżby mieli normalne obuwie? Pani doktor Sula wspomina o braku dokumentacji, o tym, że więźniowie z tej nowej grupy pracowali do 7 maja, kiedy to, jak zeznała pani Stempowska, zostali wyprowadzeni (Jerzy Rostkowski, „Podziemia III Rzeszy. Tajemnice Książa, Wałbrzycha i Szczawna Zdroju”, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2012 r.).

Fragment listu Ludwika P. w liście do Elżbiety R. „…Stryj opuszczał zamek z ostatnią grupą zabezpieczającą. W podziemiach pozostały hale pełne konstrukcji, takie obiekty (zakonserwowane i zabezpieczone) …Grupa została zlikwidowana, a on ciężko ranny, zakrwawiony cudem przeżył pod stosem ciał…„. Ludwik P. należał  do specjalnej grupy 5 osób – więźniów- specjalistów i naukowców dopuszczonych do tajnych materiałów, planów technicznych broni. Natomiast Rosjanie znaleźli 12 ciał. Do grupy 5 więźniów Niemcy dołączyli jeszcze 8 więźniów. Razem więc było 13 więźniów, a jeden się uratował.

W mieście (Wałbrzych) zainstalowało się dowództwo Armii Czerwonej. Wieczór i noc nie były już takie spokojne, bo z południowego zachodu, gdzieś blisko, dochodziły odgłosy wybuchów i strzałów. Zatrzymany miejscowy Niemiec powiedział, że to słychać od strony zamku nad rzeką. Dowództwo zadecydowało, że o świcie pójdzie tam zwiad, bo po nocy niebezpiecznie. Tak się stało. Świtaniem zwiadowcy na czołgu dojechali do zamku. Nikogo tam nie było. Ojciec jeszcze o jakiejś kolei na zamku mówił i torach i dziwne to było. Na dziedziniec weszli, bo czołgiści nie chcieli przejechać po trupach w więziennych pasiakach, które leżały przy bramie. W zamku było pusto i tylko wszystkich zdziwiła wielka dziura przed zamkiem i te trupy więźniów. Było ich kilkanaście, mówił, że chyba dwanaście, ale mógł się mylić, mogę tego i ja nie pamiętać. Żołnierze widzieli wcześniej więźniów z obozów. Ci byli inni. Nie mieli ogolonych głów i nie byli wychudzeni jak wszędzie indziej. Mówili wtedy, że to przebierańcy jacyś, bo za dobrze odżywieni, a podobno przed śmiercią do fryzjera i dentysty chadzali. Nic nie pasowało, żeby to więźniowie byli. Nikogo żywego nie było i [zwiadowcy – red.] dość szybko wrócili, a dowództwo zawiadomiło NKWD, bo taki nakaz był, jak więźniów się znajdowało (Jerzy Rostkowski, „Podziemia III Rzeszy. Tajemnice Książa, Wałbrzycha i Szczawna Zdroju”, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2012).

Ekshumacja w Wałbrzychu

W 1987 r. przybywa do Wałbrzycha J. Weiss narodowości żydowskiej i zgłasza do R.U.S.W w Wałbrzychu fakt zamordowania w czasie wojny przez Niemców dwóch więźniów żydowskich za próbę ucieczki, i trzech zmarłych więźniów żydowskich zamęczonych oraz zakopanych przy Książu, razem pięciu. Po czym wskazuje miejsce pochówku owych zamordowanych. Podczas wizji lokalnej nie znaleziono ciał. Za sprawę zabiera się Tadeusz Słowikowski i szuka we wskazanym przez J. Weissa miejscu bez rezultatów.

Tadeusz Słowikowski, miejscowy badacz tajemnicy Riese, po analizie bierze koparkę i rusza w pobliski zagajnik, tam trafia na pochówek.

I tu zaczyna się ciekawa sprawa ponieważ nie zostaje wykopanych pięciu więźniów żydowskich w pasiakach, lecz wykopano dwunastu bez ubrania z świetnie zachowanym uzębieniem i złotymi koronami. Z tego co wiemy Niemcy więźniom usuwali korony, a ci wyjątkowo mieli. Wyjątkowo też byli zakopani, gdyż żydzi zeznawali, że ciał ich ziomków nie ma, ponieważ były wywożone i spalane w Gross Rosen. Następnie korony zostają usunięte i przekazane na skarb Państwa Polskiego. Z protokołu sądowego wynika że zostali pochowani na początku 1945 r. Według T. Słowikowskiego brak śladów po kulach, kręgi szyjne nie uszkodzone. Był to rok 1987, kiedy wykopano12 ciał, znaleziono przy ciałach klamrę od wojskowego pasa.

Szczątki wydobyto i z honorami pochowano na cmentarzu komunalnym w Wałbrzychu.

Do ponownej ekshumacji doszło w drugiej połowie października 1991 roku, wówczas grób otwarto, a ciała przewieziono prawdopodobnie do Jerozolimy, gdzie zostały po raz trzeci pochowane. – Do dziś nie wiadomo, kim byli pogrzebani przy zamku i czy umarli naturalną, czy gwałtowną śmiercią – dodaje wałbrzyski pasjonat tajemnic. I tu staje się rzecz nie spotykana, cztery lata później zjawia się ponownie Jan Weiss wraz z otrzymaną zgodą władz polskich i dnia 21 października 1991r., ekshumuje szczątki oraz wywozi je do Izraela („Sekret grobów spod Książa”, gazetawroclawska.pl, 11.09.2008. ).

Czemu jest to niespotykane. Ano kiedy chciano dokonać ekshumacji w Treblince i w Jedwabnem był zakaz.

Jaki jest argument strony żydowskiej aby nie ekshumować?, ano taki, cyt. :

„Rabin Michael Schudrich powiedział „Gazecie”, że przeprowadzenie ekshumacji szczątków Żydów zamordowanych w Jedwabnem jest niemożliwe z powodów religijnych. – Dla nas od dotarcia do prawdy ważniejsza jest wierność tradycji, która zakazuje naruszania pochowanych kości. Minister sprawiedliwości Lech Kaczyński wstrzymał decyzję o ekshumacji”.

„Wiadomości” TVP poinformowały, że Stanisław Krajewski ze Stowarzyszenia Gmin Żydowskich powiedział, iż ekshumacja nie jest wykluczona pod warunkiem, że będzie ważny powód do jej przeprowadzenia.

J. Weiss zgłasza do R.U.S.W w Wałbrzychu fakt zamordowania w czasie wojny przez Niemców dwóch więźniów żydowskich za próbę ucieczki. Obóz na obrzeżach Pełcznicy OT był jednym z nielicznych w całym kompleksie Riese, gdzie w początkach 1945 r. dwoje więźniów – Aleksander Friedmann i Mor Neuman – podjęło próbę ucieczki. Niestety zakończyła się ona niepowodzeniem. Uciekinierów złapano i kilka dni później, 24 stycznia 1945 r., publicznie powieszono na oczach wszystkich współwięźniów.

To nie są ci więźniowie, których miejsce pochówku wskazał Tadeusz Słowikowski. Według J. Weissa, w grobie miały się znajdować szczątki pięciu, gdyż trzech zmarłych więźniów żydowskich zamęczono i zakopano przy Książu, razem więc pięciu. Dwóch uciekinierów powieszono 24 stycznia 1945 r. Niemcy raczej nie zakopywali ciał w pobliżu czy na terenie zamku, wywożono je do Gross Rosen, gdzie je kremowano. Natomiast znalezione przez Rosjan zwłoki (12) na dziedzicu zamkowym, zostały zakopane w zagajniku obok zamku. Była to duża grupa, gdyż Ludwik P. „…ciężko ranny, zakrwawiony cudem przeżył pod stosem ciał…”.

W akcję szukania mogiły pięciu więźniów zaangażowana była Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich we Wrocławiu, przy współudziale Muzeum Gross Rosen. Dlaczego jednak nie przeprowadzono śledztwa? Dlaczego nie przeprowadzono sekcji szczątków? Działano pospiesznie i na oślep.

Projekt „Dzwon” pod Starym Zamkiem w Książu

W styczniu 1942 r. powstaje projekt Thor – projekt badawczy zajmujący się alternatywnym sposobem napędów i budowy statków powietrznych III Rzeszy. W sierpniu 1943 r. przemienia się w projekt Chronos, który był najtajniejszym programem ze wszystkich prowadzonych w III Rzeszy. Obdarzony najwyższym priorytetem miał być przyszłością hitlerowskiej, cudownej broni. W ramach tego projektu skonstruowano urządzenie o nazwie Die Glocke (Dzwon) (tzw. Thule), które było wyposażone w silnik antygrawitacyjny ( „UFO produkcji III Rzeszy” – ripsonar.pl , 23.03.2017.). Dlaczego tajemniczy Dzwon był tak ważny i jaką pełnił funkcję?

W ramach projektu „Chronos”, który miał być rozwijany przez nazistowskich specjalistów w różnych zakątkach świata (w tym w Górach Sowich), powstała cała flota niezwykłych pojazdów, które przez lata wzbudzały trwogę wśród żołnierzy sił alianckich. Budowa i zachowanie większości tych obiektów do złudzenia przypomina pojawiające się regularnie opisy Niezidentyfikowanych Obiektów Latających, które zwykle utożsamiane są z pojazdami należącymi rzekomo do przedstawicieli obcych cywilizacji.

Igor Witkowski, ekspert i autor książek dotyczących niemieckich projektów tamtych czasów dowodzi, że na terenach dzisiejszych Gór Sowich w kompleksie „Reise” produkowano dla Hitlera „cudowną broń” (Wunderwaffe) – silnik antygrawitacyjny w kształcie dzwonu. W 2000 roku Witkowski opublikował w Polsce książkę: „Prawda o Wunderwaffe”, w której ujawnił, że odkrył istnienie pewnego urządzenia w formie dzwonu, podczas odczytu transkrypcji sesji przesłuchań byłego oficera SS Jakoba Sporrenberga (poniżej).

Autor książki twierdził, że szczegółowe informacje o sekretnej broni III Rzeszy pozyskał z tajnych dokumentów, które otrzymał od polskiego oficera wywiadu. Zdaniem Witkowskiego tajemniczy „Die Glocke” stanowił system napędowy niemieckich latających dysków Haunebu oraz Vril, był generatorem antygrawitacji. Pojazd wyposażony w taki napęd mógłby swobodnie odrywać się od ziemi i z ogromną prędkością przemieszczać się w powietrzu. Igor Witkowski twierdzi na podstawie rozmów z oficerem polskiego wywiadu, który miał dostęp do niemieckich tajnych dokumentów z czasów wojny, że pojazd w kształcie dzwonu z ceramiczną warstwą zewnętrzną był testowany w kompleksie Riese położonym w Górach Sowich.

Konstrukcja stała w basenie z wodą (obok) wyłożonym ceramicznymi płytkami. Sam Dzwon miał wymiary 2,7 x 4,5 m, a wewnątrz miał dwa cylindry zawierające substancję podobną do rtęci (zwaną Xerum 525). Cylindry te rotowały w przeciwnych kierunkach, co miało wywoływać efekt antygrawitacji, a przy okazji generowało zabójcze promieniowanie (stąd prawdopodobnie ta ceramika). Taki basen jest przed wejściem do zamku Książ, którego pochodzenie jest nieznane.

Witkowski w swojej książce pisze: „Wiemy, że część omawianych eksperymentów prowadzono na terenie dzisiejszej Polski. Były tu laboratoria Siemensa i Boscha. W 1944 r. prace te prowadzono głównie w Książu koło Wałbrzycha, ale nie w kompleksie znajdującym się bezpośrednio pod zamkiem Książ, lecz w pobliskich podziemiach, pod tzw. Starym Zamkiem.

Powstały wartownie i bunkry strażnicze. Interesujące, że zewnętrzny pierścień straży stanowili żołnierze SS, rekrutowani na ogół z krajów nadbałtyckich, słabo znający język niemiecki. W obrębie ogrodzenia warty pełnili ludzie w mundurach Luftwaffe. Wyjątkiem były okolice Starego Zamku, gdzie wartownikami byli wyłącznie żołnierze Luftwaffe.

Stary Zamek: Jeszcze do niedawna panowało powszechne przekonanie, że wznoszące się nieopodal zamku Książ malownicze mury to zbudowane dla celów rekreacyjnych tak zwane sztuczne ruiny. Prowadzone około dwadzieścia lat temu badania archeologiczne podważyły jednak ten pogląd i wykazały, iż ruiny te to relikt średniowiecznego zamku, przekształconego pod koniec XVIII wieku w romantyczny zakątek rekreacyjny. Podczas badań stwierdzono, że na przełomie IX i X stulecia stał już tutaj gród, a pod koniec XIII wieku  murowana warownia, której fundatorem był zapewne książę świdnicko-jaworski Bolko Surowy.

Kilkanaście lat temu znalazłem w lochu strzelniczym (najstarsza część zamku) kamień w murowany w mur, na którym była wyryta stylizowanymi cyframi data 1138 r. Zapewne była to data wzniesienia zamku. Wróciłem tam rok później z aparatem fotograficznym, lecz kamienia już nie było, ktoś go z muru wygrzebał.

Przy suchej fosie zamkowej, dawniej przez nią przerzucony był most drewniany, znajduje się obszerny plac o długości około 53 m i szerokości około 40 m. Dawniej na tym placu stał jakiś budynek. Dalej są trzy potężne wały ziemne o długości około 78 m, dwa wały obok siebie oddzielone fosą, i w odległości od siebie około 77 m trzeci wał z fosą po zewnętrznej stronie. Wały ziemne i znajdujące się przy nich suche fosy prawdopodobnie pochodzą z przełomu IX i X w. chroniące gród. Przeważnie wały obronne z fosami były sypane w kształcie łuku, natomiast te są proste. Być może, że mogą pochodzić z czasów II wojny światowej.

Jerzy Rostkowski w książce „Podziemia III Rzeszy. Tajemnice Książa, Wałbrzycha i Szczawna Zdroju”, pisze: „Czytałem artykuł Mieczysława Orłowskiego, który zamieściłem w książce. Był stary – „Życie Warszawy”, z którego pochodził, wydrukowano 18 września 1977 roku. Orłowski napisał tam:

„Wśród osób badających stare plany Książa panuje przekonanie, że zameczek miał silnie rozwinięty system podziemnych lochów, które pod dnem wąwozu i rzeczki Pełcznicy łączyły się z najstarszymi korytarzami zamkowymi. Pod istniejącą do dziś budowlą Książa. Rozwiązanie tej zagadki usłyszałem w 1967 roku. […] W grupie radzieckich turystów, kombatantów ostatniej wojny, którzy walczyli na Dolnym Śląsku, spotkałem Iwana Końkowa. […] W pewnej chwili Końkow wspomniał, że stacjonował na zamku Księżno – tak wtedy nazywał się Książ. […] Końkow, widząc moje zainteresowanie tym tematem spytał, czy znam przyczynę zniszczenia zameczku na cyplu”. Poprosiłem o relację.

„Pewnego dnia żołnierze spostrzegli dwóch ludzi kręcących się wśród gaju zawsze zielonych rododendronów. Wezwani do zatrzymania czmychnęli w chaszcze, ostrzeliwując się. […] Uciekający kluczyli, ale gdy pierścień zacieśnił się, zniknęli na terenie „starego zamku”. Kilku żołnierzy dotarło na dziedziniec, ale tu dostali się pod silny ogień ręcznej broni maszynowej. […] W pewnym momencie nastąpił potężny wybuch. Ściany gotyckich ruin zakołysały się i zwaliły na dziedziniec, który siłą podziemnego wybuchu zafalował i zapadł się”. Dziennikarz, który napisał artykuł w „Życiu Warszawy” miał na imię Sławomir.

W książce Jerzego Rostkowskiego jest jeszcze jedna relacja, ale chyba dotycząca podziemi zamku Książ od strony Pełcznicy. „Tam, w Waldenburgu, spokojnie nie było, choć fabryki i kopalnie pracowały, sklepy czynne były, tramwaje jeździły, działały telefony, wszędzie był gaz i elektryczność. Po nocy w pojedynkę zabronione było chodzić, bo Niemcy strzelali do naszych, a polskie władze za słabe były. Tam całe niemieckie bandy działały, dobrze uzbrojone i wszędzie były. Napadały na żołnierzy, samochody, nawet niewielki oddział ostrzelać potrafiły. W 1946 roku chyba oni napadli w nocy na pociąg, który wiózł materiały dla kopalni. To sprawa głośna była, bo tam w dwóch wagonach materiały wybuchowe były i bandyci zabrali. Prawie dwa miesiące ich szukali, aż ktoś doniósł, gdzie oni się zbierają. Zaskoczyć się nie dali i uciekali, ale nasi psy mieli i te psy doprowadziły pod sam zamek od strony rzeki, co tam jest, tam były te podziemia, co o nich piszesz. Nasi wejście zablokowali i zaczęli zamurowywać. Krzyczeli, że żywcem bandytów pogrzebią, jak nie wyjdą. Wyszło szesnastu, a siedemnasty, oficer, bo resztki munduru SS później były, rozerwał się przy wyjściu granatami.

Tamtych na przesłuchanie później wzięto i co z nimi dalej, ojciec nie wiedział. To wejście zaraz później nasi wysadzili i już nikt nie wyszedł. Niemcy się nie uspokoili, potyczek było dużo, a największa po drugiej stronie rzeki, ale o tym napisałeś. Tam podobno NKWD fabryki części do samolotów szukał, bo jakiś Niemiec zeznał, że tam była (Jerzy Rostkowski w książce „Podziemia III Rzeszy. Tajemnice Książa, Wałbrzycha i Szczawna Zdroju”).

Jacob Sporrenberg

W 1944 r. kierownictwo nad tajnym niemieckim programem badawczym przejął generał SS dr Hans Kammler (który wsławił się m. in. zniszczeniem warszawskiego getta). W kwietniu 1945 r. Hitler nakazał mu likwidację wszystkich, którzy wiedzieli cokolwiek o projekcie „Dzwon”, w tym 62 naukowców.

Wspomina o tym badacz tematu – Joseph P. Farrell. Twierdzi on, że zachowanie w tajemnicy projektu nazwanego „Die Glocke” było dla nazistów sprawą najwyższej wagi, dlatego zdecydowali się oni zabić wszystkich naukowców uczestniczących w badaniach. Ich ciała zostały złożone w masowym grobie.

Po zakończeniu II wojny światowej wielu nazistów zostało osądzonych przed trybunałami zbrodni wojennych za zbrodnie przeciwko ludzkości i łamanie praw człowieka. Jednym z oskarżonych był Jakob Sporrenberg (1902-1952) zbrodniarz wojenny, SS Obergruppenfuhrer, jeden z najwyżej zleconych nazistowskich szeregów SS. Władze brytyjskie aresztowały Sporrenberga 11 maja 1945, a następnie wydały go Polsce. Stanął przed polskim sądem oskarżony o dopuszczenie się licznych zbrodni wojennych i przeciw ludzkości (w tym przeprowadzenia akcji „Dożynki”). W więzieniu mokotowskim przebywał w jednej celi z dowódcą Kedywu AK, generałem Augustem Emilem Fieldorfem. Sądzony przed Sądem Apelacyjnym w Lublinie Jacob Sporrenberg został skazany na karę śmierci 16 września. Został powieszony 6 grudnia 1952 r.

Polski sąd o zbrodniach wojennych osądził Sporrenberga za zabójstwo 60 niemieckich inżynierów, naukowców i techników. W swoim oświadczeniu sądowym Sporrenberg podał szczegóły projektu nazistowskiego „Dzwonu”, nazywając go „Die Glocke”. Opisując tajemnicę otaczającą Bell, Sporrenberg przyznał, że naukowcy i inżynierowie zostali zamordowani, aby uniemożliwić im ujawnienie jakichkolwiek szczegółów technologii osobom spoza programu na zewnątrz.

Zgodnie z oświadczeniem Sporrenberga, Bell był wysoce zaawansowaną technologią, która wydała syczenie lub brzęczenie podczas pracy. Zauważył, że z powodu dźwięku jego rodacy nazywali Bell „Der Bienenstock”, niemieckie słowo „ul”.

Nick Cook był dziennikarzem wojskowym i pisarzem. Opierając się na pismach Witkowskiego o nazistowskim dzwonie, Cook przedstawił własne opinie i badania w swojej książce „The Hunt for Zero Point”. Cook uważa, że Bell został ostatecznie przetransportowany do Stanów Zjednoczonych zgodnie z umową między generałem SS Hansem Kammlerem a amerykańskimi urzędnikami ( „The Nazi Bell: Proof of a Nazi Secret Space Program?”, gaia.com, 6.04.2018. ).

Ofiary i kaci

Jakob Sporrenberg w więzieniu mokotowskim przebywał w jednej celi z dowódcą Kedywu AK, generałem Augustem Emilem Fieldorfem. Podczas wojny część inteligencji polskiej znalazła się na emigracji, po 1945 r. bez prawa powrotu do Ojczyzny. Natomiast ci, co pozostali w Polsce i uniknęli pogromu niemieckiego i sowieckiego, padli ofiarą komunistów. Ich miejsca szybko wypełnili ludzie, którzy idąc po trupach elementarnych cnót, świadomie fałszowali prawdę, moralność oraz swoją publicystyką zagłuszali krzyki mordowanych patriotów, chcieli w Polsce budować czerwony raj. Raj bez Boga. Ci, co rzeczywiście kolaborowali z okupantem w latach 1939-45 (Gestapo i NKWD), później oskarżali o kolaborację tych, którzy walczyli z okupantem niemieckim, a potem sowieckim, i organizowali im procesy pokazowe. Celem było wykazanie im zdrady w czasie wojny.

„Zarzut o współpracę z okupantem miał uzasadniać stosowanie tortur fizycznych i psychicznych, wykonywanie wyroków śmierci, ale również obniżyć prestiż przywódców i żołnierzy Polski Podziemnej. Razem siedzieli w jednych celach, oczekując na egzekucję komendanci obozów koncentracyjnych, ludobójcy z Powstania Warszawskiego i getta żydowskiego, gestapowcy, esesmani z dowódcami oddziałów Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich, Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, Narodowych Sił Zbrojnych, WiN, działaczami delegatury Rządu czy powstańcami warszawskimi. Terror stalinowskiego Urzędu Bezpieczeństwa zataczał szerokie kręgi: „błędy i wypaczenia” eliminowały z życia studentów, robotników, chłopów, dziennikarzy, lekarzy, księży, kobiety, działaczy harcerskich – wszystkich, których uznano za rzeczywistych bądź potencjalnych przeciwników systemu. Wielu z nich już nie wracało nigdy z powrotem. Zasięg terroru uzasadnia tezę, że eliminowano przywódczą warstwę narodu, oporną wobec manipulacji” („Więźniowie polityczni w Polsce w latach 1945-1956”. Wyd. Gdańsk 1981).

Doświadczył tego Kazimierz Moczarski, dziennikarz, prawnik z wykształcenia, żołnierz Armii Krajowej, który w 1949 r. został osadzony przez władze komunistyczne wraz ze zbrodniarzem, wysokiej rangi oficerem SS Jürgenem Stroopem w jednej celi więzienia w Warszawie. Stroop (m.in. likwidator getta warszawskiego podczas powstania w 1943 r., odpowiedzialny za śmierć dziesiątków tysięcy ludzi) został wcześniej skazany na karę śmierci przez amerykański sąd, w Polsce sądzony był m.in. za zbrodnie z Warszawy i poznańskiego. Wraz z nimi wyrok odbywał niejaki Gustaw Schielke, niemiecki policjant. Kazimierz Moczarski na podstawie własnych przeżyć napisał książkę „Rozmowy z katem”.

W pobliżu zamku Książ kręcili się więźniowie z obozu znajdującego się przy Klimatorze w Świebodzicach.

Projekt Chronos był najtajniejszym programem ze wszystkich prowadzonych w III Rzeszy, również „Dzwon” był tajnym programem. Zapewne osoby nieupoważnione nie miały prawa przebywać w pobliżu realizacji projektu, ale tak nie było.

1943-45 Baraki obozu na tereniu Klimatoru. Fot. Josef Masopust w latach 1943-1945.

W Świebodzicach w dzielnicy Pełcznica znajduje się zakład Klimator (niem. Flugzeug Fabrik Kurt Hobermann). W bezpośrednim sąsiedztwie zakładu postawiono baraki dla zatrudnionych tutaj więźniów. Byli to głównie obywatele czescy (stąd w literaturze przedmiotu można czasem zetknąć się z pojęciem „obóz czeski” na terenie Pełcznicy). Cieszyli się oni dosyć przyzwoitym traktowaniem jak na tamte czasy. Był to obóz półwolnościowy, a przebywający w nim robotnicy cieszyli się pewnymi przywilejami. Przysługiwały im m.in. przepustki na wyjście do miasta, jednak musieli się wstawić na miejsce pracy w określonym terminie i czasie (Rafał Wietrzyński, „Świebodzice. Miasto w cieniu swastyki. Wojenne losy Świebodzic 1939-1945”, Świebodzice 2012).

1943-45. Wycieczka Czechów z obozu pracy na zamku Stary Książ.
Foto: Josef Masopust w latach 1943-1945.

Josef Masopust był jeden z więźniów tego obozu w latach 1943-1945. W wolnym czasie z kolegami chodzili sobie swobodnie po parku w Książu, byli również na Starym Książu, gdzie Josef Masopust zrobił zdjęcie. Zdjęcie przedstawia grupę ludzi czekających na otwarcie bramy zamku Stary Książ. Jeżeli Projekt „Dzwon” był tajny i realizowany w podziemiach pod Starym Zamkiem, to jakim sposobem grupa czeskich więźniów zwiedzała zamek. Jedynym wytłumaczeniem może być to, że projekt „Dzwon” był realizowany w podziemiach, dlatego grupa czeskich robotników została wpuszczona na teren Starego Zamku. Tylko gdzie są to podziemia?

Wycieczka Czechów z obozu pracy do Starego Zamku.
Fot. Josef Masopust.jpg

Niemcy znaczyli kierunek chodnika na powierzchni ziemi słupkiem z otworem na wierzchu na metalowy pręt. Taki słupek znalazłem w kompleksie Soboń. Znajduje się około 100 m od wlotu sztolni nr 1. Słupki zakopywano też na skarpie wlotu sztolni. Trochę inny słupek znalazłem w lesie koło Starego Zamku. Jest betonowy około 1 metra wysokości, i ma odlaną w betonie strzałkę skierowaną w dół. Prawdopodobnie strzałka wskazuje podziemny chodnik. Znając wlot sztolni, można wyznaczyć jej kierunek pod ziemią.

Słupek na skarpie wlotu sztolni. Foto Stanisław Bulza.
Słupek 100 m dalej od wlotu sztolni nr 1. na Soboniu. Foto Stanisław Bulza.

Flugzeug Fabrik Kurt Hobermann (dzisiejsza „GEA Klimator” przy ul. Sikorskiego na Pełcznicy). Przed ostatnią wojną na terenie obecnego „Klimatoru” znajdowała się firma Kurta Hobermanna produkująca części lotnicze. W okresie działań wojennych hitlerowcy przejęli przedsiębiorstwo oraz postanowili wykorzystać jego zaplecze na własne potrzeby zbrojeniowe. Siłą rąk robotników przymusowych oraz więźniów wybudowano tutaj dwie duże hale produkcyjne przeznaczone do remontów samolotów, a także rozwinięto produkcję części dla przemysłu lotniczego.

Słupek w lesie przy Starym Zamku w Książu. Foto Stanisław Bulza.

Produkcja zbrojeniowa w dzisiejszych zakładach GEA „Klimator” trwała do pierwszych miesięcy 1945 r. Z zachowanych relacji wynika, że był to jeden z większych zakładów niemieckiego przemysłu lotniczego na Pogórzu Sudeckim, w którym produkowano części do wszystkich typów samolotów. Nawet po wyzwoleniu tych okolic można było tu przez jakiś czas znaleźć wiele aluminiowych i metalowych części samolotowych. Być może dlatego też, zaraz po wojnie, terenem fabryki zainteresowały się wojska radzieckie, które postanowiły się tu usadowić na dłuższy okres (Rafał Wietrzyński, „Świebodzice. Miasto w cieniu swastyki. Wojenne losy Świebodzic 1939-1945”, Świebodzice 2012).

Cdn.

Stanisław Bulza

Przeczytaj więcej artykułów Stanisława Bulzy na naszym portalu  >   >   > TUTAJ .

2020.04.24.

Avatar

Autor: Stanisław Bulza