Klimatyzacja największym przyjacielem wirusa?


Wirus ma nielekko. Nie lata, nie pływa, nie biega – może tylko czekać (i to w ograniczonym czasie) na okazję. Jak widać po efektach, ta okazja nadarza się całkiem często. Ale taką okazję w moim przekonaniu zwielokrotnia wszechobecna klimatyzacja. Każdy taki system wydatnie zwiększający komfort użytkownika, ma cechę bardzo cenioną przez wirusa – zasysanych do systemu jest tylko 25 % nowego powietrza, reszta starego się „mieli” (schładza lub podgrzewa w zależności od potrzeb) i jest równomiernie rozprowadzana po budynku (statku, autobusie, pociągu). Gdyby wracający z nart we włoskich Alpach zarażony pasażer kichał i jechał starym autobusem PKS, to zainfekowani mogli by być tylko najbliżej siedzący pasażerowie. Ponieważ podróżujemy najczęściej eleganckim, niemieckim Polskim Busem, narażeni są wszyscy, bo każdy indywidualnie nastawia sobie przyjemny wiaterek prosto w nos.

Czy powszechna obecność urządzeń klimatyzacyjnych w krajach „cywilizowanych” może tłumaczyć wielką dysproporcję ilości zachorowań w stosunku do krajów „dzikich”?

Bo różnica skali zachorowań między krajami Europy Zachodniej i Ameryki, a krajami dawnych „demokracji ludowych” jest uderzająca.

Że klimatyzacja może być groźna, świadczy błyskawiczne rozprzestrzenianie się wirusa na statkach. Takim spektakularnym przykładem jest historia statku wycieczkowego „Diamond Princess”. U pasażera, który już skończył wycieczkę i wysiadł w Hong Kongu, stwierdzono koronawirusa. Dlatego zmieniono trasę i przyspieszono przybycie do japońskiej Yokohamy. Z chwilą przybycia na pokładzie było już 3 pasażerów z objawami choroby. Japoński minister zdrowia zarządził 14 dniową kwarantannę dla wszystkich 3700 ludzi na pokładzie z zakazem opuszczania kabin. Po tygodniu chorych było 61, po kolejnym tygodniu 240, a po 3 tygodniach, mimo kompletnej izolacji, chorowało już 542 pasażerów. Pojawiły się też przypadki choroby wśród załogi. Z chwilą zakończenia gehenny pasażerów i załogi (w międzyczasie przedłużono kwarantannę) chorych było 712 i 11 ofiar śmiertelnych.

Wtedy dopiero uświadomiono sobie, że kwarantanna na statku nie ma żadnego sensu, bo statek jest wręcz idealnym środowiskiem do „hodowli” wirusa. Zwrócono uwagę, że statki nie używają w klimatyzacji filtrów HEPA zdolnych do zatrzymywania 99 procent cząstek tak małych jak 3 mikrony (filtry takie są stosowane w nowoczesnych samolotach). Można sobie tylko wyobrazić co przeżyli pasażerowie przez miesiąc zamknięci w małych kabinach. Tylko część pasażerów z najdroższymi biletami miała kabiny zewnętrzne, z balkonami.

Inny statek tej samej linii – „Ruby Princess” miał wielki wpływ w przeistoczenie się epidemii w pandemię „implementując” chorobę na kontynent australijski. Statek ten zawinął do Sydney z 660 chorymi Australijczykami, którzy rozprowadzili koronawirusa równomiernie po kontynencie. Oczywiście nikt w Australii, poza Aborygenami, nie wyobraża sobie życia bez air conditioning.

Te przypadki i kilka innych, definitywnie położą kres tej potężnej części przemysłu turystycznego, jaką są (były?) statki wycieczkowe. Setki tysięcy ludzi straci pracę (w tym wielu Polaków), a ponowne skompletowanie i wyszkolenie załóg to perspektywa wielu lat, a na pewno nie miesięcy.

Podobne problemy wystąpiły na amerykańskim lotniskowcu atomowym „Theodore Roosevelt”. Gdy objawił się pierwszy zakażony marynarz, po 3 dniach przeprowadzono testy wśród całej załogi. Zlokalizowano kilku dalszych chorych, ale większość miała wynik negatywny. Jednak po kilku dniach u wielu z tych „zdrowych” wystąpiły objawy choroby (warto, by wiedzieli o tym ci, którzy zarzucają ministrowi Szumowskiemu, że przeprowadza testy dopiero 5 dni po kontakcie ze źródłem zakażenia). W dwa tygodnie wśród 4 tys. załogi chorych było 400 marynarzy i komandor zwrócił się do dowództwa z dramatycznym apelem o powrót do bazy.

Niedawno francuski lotniskowiec „Charles de Gaulle” stracił kompletnie zdolność bojową po zachorowaniu 1100 członków załogi. Okazało się, że okręt, który jest w stanie skutecznie bronić się przed torpedami, minami, atakami z powietrza, czy rakietami, jest kompletnie bezbronny przed wirusem…

Jako stary „marynarz” mam sporo doświadczeń z wirusowymi epidemiami na statkach, szczęśliwie nie poznając żadnego wirusa osobiście. A wszystko zaczęło się wraz z globalizacją w latach 90 – tych. Wówczas załogi zaczęły być coraz bardziej barwne (by nie powiedzieć „kolorowe”), a na szkoleniach przekonywano nas o zaletach „różnorodności”, dzięki której ludzie „różnych ras, narodów i orientacji seksualnych” wspólnie pracują ze sobą w harmonii, ucząc się „tolerancji i wzajemnego szacunku”. Pod tymi wzniosłymi słowami oczywiście kryje się przyziemne szukanie tańszego pracownika. Sam na tym skorzystałem, jako jeden z kilkuset innych polskich muzyków skutecznie konkurujących z muzykami amerykańskimi.

Po raz pierwszy zetknąłem się z nazwą „norłak vajrus ” (Norwalk virus) bodajże w 1992 roku przy okazji zmiany trasy „mojego” statku „Song of America” z Karaibów na Zachodnie Wybrzeże.
Rejon Karaibów był wylęgarnią przemysłu statków wycieczkowych, a morskie wycieczki stały się pod koniec XX wieku dla Amerykanów głównym sposobem spędzania urlopów. Wówczas rozpoczęło się poszukiwanie nowych tras i ekspansja na Pacyfik linii Royal Caribbean Cruise Lines, w której pracowałem. Gdy na nowej trasie pojawiły się problemy gastryczne wśród pasażerów, początkowo nawet podejrzewano konkurentów wcześniej „obsługujących” trasę z San Pedro (port Los Angeles) na Riwierę Meksykańską o sabotaż i zatruwanie pokarmów. Wkrótce znaleziono przyczynę, a wirus grypy żołądkowej, który był sprawcą kłopotów, na stałe zagościł na statkach. Choroba była banalna, lecz uciążliwa – pasażerowie długo wspominali taki rejs, gdy z tygodniowej wycieczki dwa dni musieli spędzić w pobliżu ubikacji.

Jeśli z głośników słyszeliśmy zaszyfrowany (by nie niepokoić pasażerów) komunikat: „tango bravo”, wiedzieliśmy, że to „kod pomarańczowy” – powyżej 50 przypadków. Wówczas następował szał dezynfekcji – równie nieskutecznych jak palenie ognisk z drzewa jałowcowego podczas epidemii dżumy, lub obecne polewanie ulic środkami dezynfekcyjnymi. Kiedyś będąc głęboko pod pokładem, w pobliżu drukarni, zobaczyłem jak stewardzi kabinowi układają stosy świeżo wydrukowanych materiałów reklamowych i rozkładów zajęć na następny dzień. Każdy steward ma pod opieką 15 – 18 kabin i musi szybko skompletować zestaw kilku kartek dla swoich pasażerów. Wszyscy ci ludzie pracując w pośpiechu regularnie ślinili palce po ułożeniu kilku kartek i codziennie taki potencjalnie nasączony wirusami ładunek lądował na poduszkach pasażerów…

Byłem pod wrażeniem tego spostrzeżenia i poinformowałem mojego szefa o prawdopodobnym źródle zakażeń. Cruise director (osoba nr. 2 na statku po kapitanie – odpowiedzialna za „dobrostan” pasażerów) był wyraźnie zakłopotany i po chwili powiedział, że nie ma odwagi tym ciężko pracującym ludziom utrudniać pracy i zmuszać do zmiany przyzwyczajeń.
Związek problemów zdrowotnych na statkach z polityką kadrową „otwartości” był wyraźny – pojawianie się epidemii „norłaka” zbiegło się z coraz powszechniejszym zatrudnianiem w dziale hotelowym załóg z krajów azjatyckich (Indie, Malezja, Filipiny). Azjatyccy pracownicy sami nie chorowali, ale wirus, którego prawdopodobnie byli nosicielami, bardzo polubił Europejczyków. Co gorsza – przebycie tej infekcji wcale nie dawało odporności na następne zakażenia…

Oczywiście „grypy żołądkówki” powodującej – za przeproszeniem – sraczkę, poza łatwością zakażeń, nie można porównać do choroby covid 19.
Obecna epidemia w sposób wyraźny przewartościowała i obnażyła pewne wzorce moralne.

Na wolontariuszy do Domów Opieki Społecznej porzuconych przez personel nie zgłosił się ani gej z lesbijką, ani aktywistki wrażliwe na los ofiar księży pedofilów – Diduszko i Scheuring -Wielgus, ani „najwyższej klasy” humaniści, myśliciele, profesorowie socjologii tak ochoczo piętnujący kołtuństwo, zacofanie i „niską klasę obywateli”. Zgłosiły się zakonnice i duchowni, a we Włoszech ponad 100 księży poległo niosąc posługę chorym i umierającym.

Koronawirus SARS-Cov -2 z powodu niedużej śmiertelności (do 4 %) wspiera tylko w umiarkowanym stopniu miłośników aborcji i eutanazji w ich działaniach. Jednak konsekwencje gospodarcze obecnej pandemii prawdopodobnie będą ogromne i dziś są trudne do ogarnięcia. Tak więc wirus, będąc bytem mało wyrafinowanym, na razie wygrywa walkę z człowiekiem.

Leopold
24 kwietnia 2020.


Wybrane komentarze:

jazgdyni – 24 Kwietnia, 2020 – 19:34
Witaj!
Mam nadzieję, że nastąpi pewien zwrot w systemach klimatyzacji. Rozwiązania już są, choćby stosowane w luksusowych apartamentowcach. To rekuperacja i wymienniki. Zasada prosta – „zużytego” powietrza już nie puszcza się z powrotem, tylko w sposób izolowany spotyka się on na wymiennikach ciepła, ze „świeżym” powietrzem zasysanym z atmosfery. Miałem już taki system na statku badawczym ( 50 – 100 osób na jednostce 100 metrowej).
Ani na Karaibach, ani na zachodnim wybrzeżu, czy Alasce nie mieliśmy kłopotów o charakterze epidemicznym. Jeżeli już pasażerowie doznawali rozstrojów żołądkowych to wyłącznie z przejedzenia (jak wciśniesz na Captain’s Gala sałatkę Waldorf Astoria z krewetkami, potem homara, a dalej funtowy stek, masę dodatków, a na koniec pół kilowy kawałek pysznego tortu i lody)
Nasz nie za duży, raczej luksusowy wycieczkowiec, miał 450 osób załogi z 40 krajów. Polacy niezła grupka – kilku świetnych maszynistów i pokładowy ślusarz i stolarz, oczywiście muzycy, panie kabinowe i ja jedyny senior oficer (radio). Później jeszcze dołączył polski asystent Food Managera.
U nas struktura zarobków (więc także hierarchia ważności) była nieco inna. Kapitan był dopiero piaty w sensie biznesowym. Oczywiście w każdej sytuacji decyzyjnej był No.1. Najwięcej zgarniał i rządził Hotel Manager, potem Food Manager i Bar Manager i wtedy Cruise Director i dopiero Master. A jeszcze Casino Boss i Duty Free Boss.
Masz rację – nasze zetknięcie się z Azją i Azjatami to zazwyczaj ciężkie kłopoty gastryczne. Ja się rozłożyłem tylko raz, za to poważnie, w Pakistanie. Oni nie mają higieny w naszym zrozumieniu i są piekielnie odporni od dziecka. My się musimy przystosować.
I zgadzam się – po COVID-19 wszystko już będzie inaczej.
Serdeczności
Ps. Dla mnie 17 miesięcy na cruise-linerze, to najwspanialszy okres na morzu. Dalej już mnie żona nie puściła.


Roman z USA – 24 Kwietnia, 2020 – 20:28
Bardzo dobry i potrzebny artykuł. Kilka lat temu znajomi proponowali nam wspólną wycieczkę po Karaibach takim statkiem kolosem, odpowiedzieliśmy natychmiast, „nie ma mowy”. Poza stłoczeniem kilku tysięcy pasażerów (małe miasteczko) na małej, pływającej wysepce, wśród których wielu jest z różnymi chorobami, istnieją jeszcze inne niebezpieczeństwa. Należą do nich możliwość pożarów, awarii silników i to nie tylko napędzających śruby statku, ale także tych pompujących wodę do ubikacji i kuchni, mogą wysiąść generatory, takie wypadki miały miejsce. Wyobraźmy sobie co może się stać, gdyby podczas sztormu nastąpiła awaria silników, kompletny brak kontroli nad statkiem.


Leopold – 25 Kwietnia, 2020 – 07:39
Spędziłem kilkanaście 6 -miesięcznych kontraktów i miałem okazję zwiedzić cały świat (oczywiście ten dostępny z morza). Statki są (były?) absolutnie bezpieczne, choć po atakach terrorystycznych 2001 roku wdrożono uciążliwe kontrole wydłużające czas wejścia na statek. Przeżyłem wielkie sztormy (kompletnie niegroźne przy statkach tej wielkości) i pożary (znacznie groźniejsze). Raz wysiadł jeden z agregatów prądotwórczych (statki są napędzane elektrycznie – silnik służy do uruchomiania „elektrowni”) i statek stracił sterowność. Dryfowaliśmy gdzieś w pobliżu Barbadosu. Helikopterem sprowadzono agregat prądotwórczy, umieszczono go na pokładzie załogowym i kablem grubym jak ręka prowizorycznie zasilano maszyny. W Miami już czekali robotnicy i podczas wymiany pasażerów dokonali naprawy. Następna wycieczka odbyła się normalnie.
Myślę, że obecnie jest znacznie gorzej ze względu na gigantomanię (pazerność kapitalistów). Za moich czasów pasażerów było do 2 tysięcy.
Leopold

Źródło: NIEPOPRAWNI.pl , 24.04.2020.


Ilustracja tytułowa: Statek „Ruby Princess opuszcza Split, 17 października 2011
[fot. za: wikipedia.org ]. / wybór ilustracji wg.pco

*

Polish-Club-Online-PCO-logo-2
2020.04.25.
Znalezione w sieci

Autor: Znalezione w sieci