O biskupach masonach i początkach najgorętszego patriotyzmu


Zwykliśmy myśleć o epizodach własnej historii bez należytej powagi, za to z fałszywym patosem i nie różniącym się wiele odeń, a często z nim graniczącym, szyderstwem. To bywa ciekawe, ale z czasem robi się nudne, szczególnie kiedy coraz młodsze pokolenia, próbują podpatrywać i naśladować zachowania starszych. Wychodzi z tego karykatura. Ludzie traktują ją serio, bo nie ma innego towaru na rynku, no chyba, że człowiek się całkiem przestawi na inne fale i zostanie, dla przykładu, hippisem, albo feministką. Można to nazwać, jak tu ostatnio próbowaliśmy, brakiem ironii, ale chodzi w istocie o coś innego. Zanim spróbuję wyjaśnić o co, podam może przykład, trochę co prawda stary, ale wiążący się z dzisiejszym tekstem i bardzo wyrazisty.

Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych grupa monarchistów – a był to czas, kiedy nikt nie podejrzewał, że pojawi się w przestrzeni publicznej ktoś taki jak Grzegorz Braun – stanęła pod kolumną Zygmunta i głośno zaśpiewała znaną, monarchistyczną pieśń, zaczynającą się od słów „Nigdy z królami nie będziem w aliansach”. Wszyscy byli ubrani na czarno, w takie dziwne peleryny i mieli jakieś błękitne kokardki pod szyją. Pieśń, która wtedy wybrzmiała, to oczywiście tak zwana pieśń konfederatów barskich, napisana przez Słowackiego dla utworu „Ksiądz Marek”. A ja od konfederacji barskiej chcę dzisiaj zacząć, albowiem doznałem wczoraj pewnego olśnienia.

Jak to jest powszechnie wiadome, nadużywamy tu notorycznie kilku wyrazów, wśród nich wyrazy tradycja i metoda, pozornie ze sobą mało związane, wysuwają się na jedno z pierwszych miejsc. Jeśli je połączymy, będziemy mieli, na przykład, twór, taki, jak tradycyjna metoda prowadzenia polityki wewnętrznej. Albo jakiejś innej, to ma znaczenie, ale drugorzędne. Tradycja i metoda pięknie się prezentują w tak zwanych mądrościach narodu.

I teraz rzecz istotna – są narody, które się ze swoją mądrością występują na tak zwanego chama i są takie, które doświadczenia metodologii politycznej usiłują ukryć. Na przykład za jakąś piosenką. Niekoniecznie tą, co się zaczyna od królów i aliansów, ale za jakąś inną. Niech będzie – hej kto Polak na bagnety, albo Pierwsza brygada grana na melodię Totenkopfhuzarenmarsch.

Jak byłem w marcu w Poznaniu, to Przemo sprzedał mi kilka rosyjskich mądrości zalatujących na odległość metodologią polityczną. Jedna z nich brzmiała – jeden w polu to nie wojownik. I tu sprawa jest jasna. Rosjanie wiedzą, że jak się nie ma wyraźnej przewagi w polu, to się siedzi w domu i udaje nieobecnego. I to czasem skutkuje, a czasem nie. Wiąże się też ze znanym rosyjskim fatalizmem, który w mojej ocenie fatalizmem wcale nie jest, ale to już temat na inną pogawędkę.

Polacy w ogóle nie zawracają sobie głowy takimi kwestiami, albowiem oni swoją polityczną metodologię budują nie wokół preliminowanych sukcesów bądź porażek, ale wokół czego innego. Już się zapewne domyślacie czego – podziału budżetu przeznaczonego na kampanię. Fakt ten zaś, o czym wszyscy zainteresowani doskonale wiedzą, musi być przede wszystkim starannie ukrywany. Do tego właśnie służą dziarskie piosenki i poszum husarskich skrzydeł i wszystko inne, także romantyczne dramaty, szczególnie te, które na pierwszy rzut oka żadnego sensu nie mają.

Z tego też bierze się tradycyjna polska lekkomyślność, która prowadzi do szarż na przeważające siły wroga i opiewana jest potem w pieśniach, gdzie znajdujemy słowa – poszli nasi w bój bez broni.

Dlaczego poszli? Stawiam taką oto śmiałą tezę – uczynili tak, ponieważ obawiali się, że jak broń nadejdzie, a z nią posiłki, to ten budżet na powstanie, co go tajna pruska, czy francuska kamera wyasygnowała, będzie trzeba dzielić z większą ilością osób. No, a ponieważ duch bojowy w narodzie zawsze był, można było ryzykować, szczególnie, że przeciwnik był zawsze pogardzany i wokół innych jakości budował swoją wojskową tradycję. Innego sensu pieśni i wyczyny patriotyczne nie mają i ja się o tym przekonałem wczoraj.

Przypadkiem zupełnie drążąc sprawy związane z przynależnością hierarchów Kościoła do lóż masońskich, konkretnie zaś prymasa Franciszka Skarbka Malczewskiego, trafiłem na starszą księdza prymasa o ładnych parę dekad sprawę Józefa Gogolewskiego, której motorem był Ignacy Skarbek Malczewski. Piosenkę o nim śpiewał i śpiewa nadal Jacek Kowalski, a ja ją tu linkowałem swego czasu. Nie udało mi się ustalić jaki stopień pokrewieństwa łączył Ignacego i Franciszka. No, ale na razie nie jest to istotne. Ważna jest historia Józefa Gogolewskiego, albowiem ona demaskuje polską metodę prowadzenia polityki wewnętrznej, w oparciu o zagraniczne budżety.

Jacek Kowalski napisał nawet tekst dramatyczny, zatytułowany „Historia o Gogolewskim” i to było wystawiane w takim małym teatrzyku. Mnie ta metoda nie bierze, bo prof. Kowalski ma dziwny zwyczaj trywializowania spraw poważnych i głębokich. Ma pewnie na to jakieś wytłumaczenie, ale ja go raczej słuchał nie będę.

O co chodzi? Otóż historia konfederacji barskiej przypomina żywo historię walk z Indianami w Ameryce. To znaczy jasne jest, że Indianie przegrają, kwestia nie jak szybko, ale kto na tym zarobi i ile, a także kto straci. Wojna barska to przewlekła, ciągnąca się, krwawa historia, na którą łożył rząd francuski i miejscowe, polskie obywatelstwo obdzierane bez miłosierdzia podatkami „na patriotyzm”. Wojna barska to negocjacje sił, które były zainteresowane podziałem Polski na mapie, a także podziałem majątku jej obywateli.

Świadomości tego faktu nie mają regimentarze, wszyscy z wyjątkiem może Pułaskiego, jeden w drugiego durnie. Trudno przypuścić, by oni znaleźli się na czele tej konfederacji dzięki własnym zdolnościom. Zostali tam, sprytnie wysunięci, przez siły zwane zwykle nierozpoznanymi. Mam całkowitą pewność, że żywot wojny barskiej był celowo przedłużany, bo przedłużały się rosyjsko-turecko-francusko-pruskie negocjacje. Z tego właśnie powodu kociołek musiał cały czas wrzeć.

Najgłupszym regimentarzem, a potem marszałkiem konfederacji był Ignacy Skarbek Malczewski. Nie ma tu miejsca na opisywanie go. Kowalski cytuje fragmenty księdza Kitowicza, w których opinie o Malczewskim krążą wokół wyrazów takich jak „szczur” i „łachudra”. Był on jednak kochany przez panów braci, a to ponoć dlatego, że zawsze uciekał z pola bitwy i nie narażał życia wojaków. Potem zaś urządzał różne przyjęcia i parady, które dawały konfederatom złudzenie sukcesu. To jest niezmienne do dziś. I ja uważam, że to Ignacy Skarbek Malczewski jest patronem polskiej, patriotycznej prawicy, nikt inny.

I nagle pojawił się ten cały Gogolewski. Uciekł z Krakowa, gdzie konfederację dorżnięto i zaczął działać przy Malczewskim. Okazuje się, że Gogolewski nie ucieka tak szybko, jak jego szef. A jak ucieka to się co jakiś czas zatrzymuje i oddaje salwę. To Moskwę i królewskich trochę mityguje. Potem robi się jeszcze gorzej. Gogolewski zaczyna zwyciężać, odnosi najpierw małe sukcesy, potem większe, zauważają te jego sukcesy gangsterzy tacy jak Drewicz, rosyjski pułkownik, a potem generał.

Najgorsze zaś jest to, że Gogolewski ma prawo wybierania podatków. I szlachta płaci mu o wiele chętniej niż Malczewskiemu, albowiem może się on wykazać wymiernymi sukcesami. To jest ważny moment, bo ostatni w naszych dziejach, kiedy Polacy godzą się płacić człowiekowi, który ma na koncie jakieś realizacje. Potem płacili już tylko jawnym kanciarzom.

Gogolewski tłucze wszystkich, Drewicz, nie Drewicz, Prusacy, dragoni Stanisława Augusta, bez znaczenia, wszyscy idą do piachu. Robi się kłopot. Pan Malczewski sięga do sakiewki a tam pusto. Otoczenie patrzy krzywo i mówi – ale za co pić będziem mistrzuniu? Odpowiedzią jest milczenie. Jacek Kowalski o tym nie pisze, ale jasne jest, że Francuzi także zauważyli sukcesy Gogolewskiego i zapewne usztywnili swoją pozycję negocjacyjną, a także – to hipoteza – przysłali więcej pieniędzy. Czy w takich warunkach można w ogóle prowadzić powstanie narodowe i dowoływać się do opieki Matki Najświętszej? Rzecz jasna nie. Trzeba coś z tym zrobić.

Gogolewski zrobił jeszcze dwie straszne rzeczy – porwał kasztelana poznańskiego Mielżyńskiego, który – co do tego jestem przekonany, choć dowodów nie ma – pozostawał w najlepszej komitywie z Malczewskim, swoim na pozór zawziętym wrogiem.

Potem zaś, przed zimą zrobił jeszcze jedną rzecz straszną – próbował wymusić na Repninie zawieszenie broni. Nie prośbą, nie przymilaniem się i nie zakulisowymi dogoworami, ale szantażem. Powiedział, że spali dobra wielkopolskie tych senatorów, którzy nie będą z nim współpracować przy montowaniu takiego rozejmu. Moment ten jest moim zdaniem lekceważony, a wygląda na to, że był głównym powodem zmontowania pułapki w jaką wpadł Gogolewski.

Jak ktoś szantażuje Repnina, to musi pokusić się o usunięcie takiej kreatury jak Ignacy Skarbek Malczewski. I to w dobrej wierze. I tak się stało. Gogolewski zajechał marszałka i zagroził mu śmiercią. Ciął go nawet w głowę lekko, bo komunikacja pomiędzy oficerami konfederacji odbywała się w wysokich bardzo diapazonach emocji. Malczewski ustąpił i zaczął się płaszczyć. Gogolewski zaś odesłał swoich ludzi i pozostał na noc w dworze Malczewskiego, pewien, że nic mu nie grozi. Okazało się, że jest inaczej.

W nocy został okuty, przez ludzi marszałka i przez swoich własnych towarzyszy będących z nimi w zmowie, postawiony przed sądem i rozstrzelany. Prosił swoich oprawców by mu darowali życie, obiecywał, że dokona go jako mnich bernardyn. Wyśmiano go, zastrzelono i pochowano w bernardyńskim habicie.

Dziś robi się o tych wypadkach różne śpiewogry i nikt nie traktuje tych okoliczności, jako ważnego elementu polskiej tradycji politycznej. No, a tak to właśnie trzeba ujmować.

Konfederacja toczyła się dalej ku uciesze Repnina i Prusaków, wszyscy wrogowie klaskali, a Polacy śpiewali, że nie będą z królami w aliansach i pozwalali się zabijać oraz grabić. Malczewski „wzniecał ogień rewolucji” w kolejnych powiatach, ku uciesze Drewicza, który szedł za nim jak cień i grabił ile wlazło wszystkich którzy do konfederacji się przyłączyli.

I do dziś nie można nikomu wyjaśnić, że to jest właśnie metoda, a nie „poszli nasi w bój bez broni”. Nie można bo wszystko zasłania płaszcz Maryi ukradziony przez kilku cwaniaków.

Nikt Malczewskiego nie zabił, nikt go nie prześladował i dożył on spokojnie roku 1782.

Jego zastępca – Józef Zaremba, którego opisywał kiedyś ksiądz Krakowiak, miał mniej szczęścia. Próbował różnych podchodów, miał swoją legendę, ale skończył jako ruska kreatura, co się wielu gorącym patriotom przytrafiało, albowiem nie rozumieli oni metody.

I to samo mamy dzisiaj.

Na koniec kiedy przestał być już potrzebny ugotowano go w specjalnej, drewnianej balii parowej, którą kupił dla zdrowotności. Ponoć był to przypadek, ale ja w takie przypadki nie wierzę.

Konfederacja skończyła się I rozbiorem, rozgrabieniem zasobnych, wielkopolskich powiatów i całkowitym uzależnieniem kraju od Moskwy. Pułaski nie mógł znaleźć spokojnego miejsca w Europie i musiał uciekać do Ameryki. Gdyby został, jego też by ugotowali. Tylko Malczewskiemu się udało.

Jak ja to teraz połączę z biskupami masonami? Prosto. Z wdziękiem prestidigitatora.

Zastanawiałem się wczoraj, czytając książkę księdza Franciszka Borowskiego „Dekret kasacyjny roku 1819”, jak to się stało, że prymas Franciszek Malczewski, członek loży wolnomularskiej Izis, nagle, rozchorował się przed podpisaniem dekretu kasacyjnego dla zakonów męskich i żeńskich w Królestwie Polskim? Nie był wcale stary, a od tak, na wiosnę, wzięło księdza prymasa, masona do tego i zaległ w łożu bez przytomności całkiem.

Opinia jest taka, że Malczewski chciał dobrze i nie zamierzał zmieniać niczego w dekrecie przysłanym z Rzymu, ale został na łożu śmierci namówiony do złego przez innego biskupa masona Szczepana Hołowczyca. Ten kierował nowo utworzoną diecezją sandomierską, która potrzebowała pieniędzy na swoje funkcjonowanie, a te miała właśnie przynieść kasata niepotrzebnych zgromadzeń zakonnych i ich aktywów. To jest jakieś wytłumaczenie, ale….Malczewski podpisuje dokument 17 kwietnia 1819, a 18 kwietnia umiera! To jest ciekawa koincydencja. Jeśli do tego dodamy, że Hołowczyc był kreaturą Kostki-Potockiego i z nim, a nie z posłuszeństwem papieżowi wiązał swoją duchowną karierę, to coś nam zacznie świtać.

Mechanizm był taki – już od czasów konfederacji barskiej, ludzie świadomi okoliczności, tacy jak Ignacy Skarbek Malczewski – wiedzieli, że potrzebny jest sojusz z siłami tajnymi. I nie jest doprawdy ważne czy reprezentował je Repnin czy bracia z loży Izis.

Tradycja ta przetrwała i była kilka razy odnawiana.

W czasach Królestwa Kongresowego dokonywał się ostateczny sojusz pomiędzy należącymi do lóż hierarchami, próbującymi urządzić się na swoim terenie, a należącymi do lóż urzędnikami. Koszta tego sojuszu ponosić miały zgromadzenia zakonne, szczególnie kontemplacyjne. Czym jest Kościół bez zgromadzeń zakonnych, wszyscy wiemy. To jest instytucja podporządkowana tajnej policji, która składa raporty papieżowi, przepuszczając je wcześniej przez biurko stójkowego. I na to nie ma siły. Sojusz hierarchów z urzędnikami motywowany jest nie opieką Maryi bynajmniej, bo tym motywowany jest sojusz hierarchii ze źle opłacają armią, ale utylitaryzmem państwowym.

Kłopot w tym, że nie ma granic tego utylitaryzmu. To znaczy nie ma granic złodziejstwa.

Masoni zaś nie są organizacją wszechmocną, ale strukturą umożliwiającą bezkrwawe i wielopoziomowe negocjacje dotyczące zmiany stosunków politycznych i zmiany stosunków własności. I tylko naprawdę łapczywym i bardzo głupim ludziom wydaje się, że można coś zrobić dobrego należąc do tej organizacji.

Zapewne takie myśli krążyły po głowie prymasa Franciszka Skarbka Malczewskiego. Znalazł się on, nie rozumiejąc w dodatku swojej sytuacji, w opałach identycznych jak Gogolewski. Miał coś podpisać, ale nie w takiej formule jak to zaplanowano w Rzymie. On jednak tego nie zrozumiał biedaczek. No i rozchorował się i zmarł.

Zanim jednak umarł ksiądz biskup Hołowczyc dosmarował do tego dekretu nowe zgromadzenia i nowe prerogatywy umożliwiające dalsze grabienie Kościoła. W imię czego? Reformy państwa oczywiście. Reformy, która to państwo miała doprowadzić nie wiadomo do czego właściwie. Przecież królem był car, a dwie trzecie narodu mieszkało w Prusach i Austrii. Nad tym nikt się nie zastanawiał, albowiem istotny był pretekst. Podobnie jak w tym pierwszym przypadku. Istotny był pretekst. Ni i budżet rzecz jasna.

Jaki z tego morał?

Jeśli chcesz być patriotą, musisz mieć własne wojsko, własne powstanie i własne sukcesy. I niczego od nikogo nie oczekiwać. Pod żadnym pozorem nie możesz z tym iść do organizacji, które głoszą iż mają na względzie dobro narodu, jego wielkość, która wspomożona Bożą opieką, wkrótce się objawi, ani do takich, co chcą wzmacniać państwo i je reformować. Oni bowiem myślą tylko o tym, jak podzielić kradziony budżet i ten drugi, który na patriotyzm przeznaczyły mocarstwa.

Im bardziej będziesz człowieku skuteczny i więcej będziesz robił, tym gorzej dla ciebie. Żadnych sojuszy i żadnych awansów się nie doczekasz. A w łeb łatwo zarobić można.

Tak wygląda polska, patriotyczna polityka wewnętrzna. I nie ma doprawdy znaczenia, czy przemawiają tradycjonaliści czy reformatorzy, bo oni się wszyscy razem dobrze znają. Nie należą już może do loży Izis, ale jest wystarczająco dużo organizacji, do których się dawno temu pozapisywali, by skrycie uprawiać lojalność wobec siebie nawzajem i pozorować jej brak na zewnątrz.

Dziś trochę przydługo, ale taki miałem nastrój. A tu link do książki księdza Borowskiego, jak najbardziej autentycznej realizacji demaskującej działania biskupów masonów.

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  28 kwietnia 2020 r.

Artykuł opublikowano za zgodą autora.

Ilustracja tytułowa: Potyczka na drodze – obraz Wacława Pawliszaka [1866-1905], olej na płótnie, Muzeum Narodowe w Warszawie [fot. za: europeana.eu ]. / wybór zdjęcia wg.pco

*

, 2020.04.28.
Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski