Dla ojczyzny ratowania…czyli zjednoczone siły podstępu


Można, prawda, lekko oszaleć, kiedy człowiek dowiaduje się, ile można zrobić dla ratowania ojczyzny i jej kultury. Żeby nieco ochłonąć musi sprawdzić, jak to ratowanie wyglądało w dawniejszych czasach, dopiero wtedy jego biedne nerwy nieco się uspokoją.

Oto wczoraj, przypadkiem zupełnie dowiedziałem się, że zatroskany o stan polskiej kultury i czytelnictwa, pan Leszek Sosnowski, właściciel wydawnictwa nazwanego bardzo skromnie „Biały kruk”, wydawca książki posła Szczerskiego „Dialogi o naprawie Rzeczpospolitej”, ma żonę. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ale żona ta jest matką chrzestną wspomnianego Szczerskiego, który zasiada w sejmie. No i napisał te „Dialogi”, które państwowa spółka – Poczta Polska – ze zmiennym szczęściem dystrybuuje. To szczęście jest bardzo zmienne, bo gdyby takie nie było, pół Krakowa nie domagałoby się interwencyjnego wykupu tych mądrości. To nie koniec. Owa matka chrzestna i żona zajmuje się zawodowo przygotowywaniem do druku – tak to chyba trzeba nazwać, bo nie o pisanie chodzi – albumów o Janie Pawle II. Jak to wszystko wygląda?

Ja to powtórzę jeszcze raz, żeby każdy dokładnie zrozumiał. To wygląda ja fetysze zawieszone na szyi buszmeńskiego wojownika. Fetysze mające zapewnić powodzenie i szczęście całej rodzinie. Mamy więc najpierw fetysz osadzony w tradycji plemienia – Dialogi o naprawie. Następny fetysz ma charakter religijny i to jest „prawie autentyczna”, spreparowana i pomniejszona główka papieża Polaka. Trzeci fetysz o gwarancje dystrybucyjne, czyli znaczek Poczty Polskiej, przymuszający innych Buszmenów do zakupu proponowanych przez obwieszonego treści.

Niestety nic nie działa. Reszta plemienia, zamiast ekscytować się tymi atrakcjami, siedzi w zamienionym na świetlicę szałasie i w starym telewizorze Rubin ogląda Kaczora Donalda z lat sześćdziesiątych. I mowy nie ma, żeby ich od tego oderwać. Trzeba zwołać radę szamanów, którzy zaklęciami i tańcem spróbują przekonać plemię, żeby jednak wyłożyło paciorki i muszelki na to co tam nasz bohater ma do opylenia.

Tak to wygląda i nie ma doprawdy co udowadniać, że czynności opisane tu, dokonywane są w złej wierze. Nikt przecież, kto raz był na targach wydawców katolickich i widział te albumy o papieżu, żenione na kilogramy, nie uwierzy, że ktoś w ten sposób chce coś autentycznego Polakom przekazać. Dlaczego ludzie tak czynią? Moja ocena jest bardzo krytyczna i może się w żaden sposób nie przekładać na rzeczywistość.

Moim zdaniem czynią tak albowiem nienawidzą siebie. I tą nienawiść, próbują zamaskować Janem Pawłem II, a jeśli się nie uda to przenieść ją na innych. Liczą też na wywołanie jakiegoś zainteresowania, a im jest ono mniejsze, tym wspomniana nienawiść do odbiorcy się zwiększa. Moim zdaniem, które nie musi być prawdziwe, kwestie dotacji pobieranych od instytucji państwowych, a przeznaczanych na te wydawnictwa, są sprawą drugorzędną. Nieskuteczność tych działań nie jest co prawda wpisana w statut organizacji, która je podejmuje, ale to nie ma znaczenia, bo istotny jest ich parareligijny charakter.

Może nas oburzać takie postępowanie, bo przecież nie jesteśmy idiotami, jak to założył na samym początku swoich wydawniczych inicjatyw pan Leszek Sosnowski. Szczególnie irytujący jest moment, w którym swoje działania próbuje on porównać do działań zmierzających ku ocaleniu polskiej kultury i czytelnictwa. Ja nie mam tu już zamiaru niczego nikomu tłumaczyć, albowiem sądzę, że o żadnej kulturze i żadnym czytelnictwie od dawna nie ma już mowy. Są tylko słabe bardzo preteksty do zarobienia paru złotych, które instytucje państwowe muszą wydać, żeby zachować swój, coraz bardziej podejrzany, stastus quo.

Musicie mi to wybaczyć, ale trudno bym nie powiązał tej kuriozalnej sytuacji z promocją jakiejś swojej książki. Takiej, którą uważam za rzeczywiście istotną dla kultury polskiej, bo albumy o papieżu i elukubracje Szczerskiego nie mają dla niej żadnego znaczenia. Zacznę może od cytatu.

Korona daje więcej towarów aniżeli bierze, stąd pochodzi bogactwo krajów; a chociaż do Korony przychodzą niektóre towary obce, to jednak wywóz tutejszych towarów jest większy. Niemożliwą jest przeto rzeczą, aby pieniądz wywożono z kraju tą drogą (czyli za towary).

A nawet więcej, bo jeśli się dobrze zważy, to musi się przyjść do wniosku, iż Korona polska mogłaby regulować rynek pieniężny całej Europy, a cóż dopiero jednego państwa; mogłaby ona dzięki swoim znakomitym towarom ze wszystkich swoich prowincji uczynić kopalnie złota i srebra. Złoty Indyjskie musiałoby się ściągać tutaj, ponieważ kto chce posiadać towary, musi tutaj za nie przywozić złoto.

Fragment ten, dla przeciętnego konsumenta treści historycznych i tak zwanego miłośnika ciekawostek historycznych, oraz tradycji i kultury polskiej, to jest absolutne kuriozum. Napisane tu jest bowiem, a tekst pochodzi z początków panowania Zygmunta III Wazy, że Polska jest producentem znakomitych towarów, które sprzedaje za granicą. Eksport przewyższa import nieznacznie tylko i trzeba tę różnicę czym prędzej powiększyć dla „dobra spólnego”. To się ciekawostkowiczom historycznym i zbieraczom spreparowanych biskupich i papieskich główek nie może pomieścić nigdzie.

Okazuje się bowiem – w dalszej części tekstu i w dalszej części cytowanej książki, że szlachta polska nie zajmowała się brzdąkaniem na kobzie jedynie i jedzeniem półgęsków, ale organizowaniem produkcji w swoich dobrach. Celem zaś sił podstępu była przede wszystkim dewastacja tej produkcji, do dokonywało się poprzez psucie pieniądza i rabunek skarbu koronnego. A kiedy to nie skutkowało, poprzez wojny najezdnicze, które – o czym jestem przekonany – miały tylko pozornie charakter imprez politycznych.

Żeby nie było za fajnie dodam jeszcze, że król musiał kilkakrotnie wydawać uniwersały, przeciwko fałszerzom monety, gdzie wyraźnie wskazywał, co należy czynić z przestępcami plebejskimi i tymi pochodzącymi ze stanu szlacheckiego. Kara przewidywała odrąbanie ręki i konfiskatę dóbr.

Najciekawsze jest jednak to, kto jest autorem cytowanego tekstu? Otóż są nim pośrednicy, czyli stany pruskie, działające pod naciskiem kupców i bankierów. Domagają się one przede wszystkim, by król, bo w nim upatrują moce sprawcze, zatamował zalew kraju monetą fałszywą, obcą, głównie niderlandzką. I tu chciałbym powrócić do miłośników historii, kultury i ciekawostek, którzy zawsze z wielką przyjemnością wskazują, jak to w stuleciu XVIII Fryderyk II fałszował monetę polską, a nie zastanawiają się nad tym, jak i dlaczego Holendrzy fałszowali ją wcześniej. Proceder ten zaś miał charakter masowy i był dla kraju zabójczy, a dla kupców z Amsterdamu stanowił źródło życia i wiecznej młodości. Kupowali w Gdańsku znakomitą polską produkcję, w tym omawiane tu już do, pardon do porzygania wyroby stalowe, a nie tylko zboże, płacili za nie złym pieniądzem, a do tego jeszcze sprzedawali towary własne, zamorskie i pobierali za nie pieniądz dobry. Transakcje te odbywały się w miastach pruskich, które w końcu – mając dość tych praktyk – zwróciły się do króla o pomoc. Nie uczyniły tego z powodów innych niż merkantylne, nawet tego nie ukrywały. Zależało im, na przykład na tym, by bity w Prusiech pieniądz był nieco gorszy niż ten bity w Polsce. To znaczy, by oni też mogli zarabiać na tym masowym przekręcie zmontowanym przez Holendrów. Król i stany królestwa rozumieli to oczywiście, ale na kogoś trzeba było zwalić odpowiedzialność i ciężar praktyk zmierzających do powiększania zysku na obrocie srebrną monetą. Tym kozłem ofiarnym byli rzecz jasna producenci dóbr, czyli szlachta i magnaci.

Póki nie było wojny w kraju proceder ten można było regulować przesuwając standardy wagowe srebra w pieniądzu, w tę albo wewtę. I jakoś to wszystko szło, bo kraj był zasobny, rynki były tak głębokie, że starczało w nich miejsca dla rekinów płotek, rozwielitek i eugleny zielonej biznesu i każdy był najedzony. 

I tak do momentu, aż ktoś wpadł na pomysł, że nie można tak przecież, bo jak się królestwo zdewastuje, to zysk ogromny przyjdzie od razu, a ono potem i tak się odbuduje. Kiedy się trochę poprawi, zrobić trzeba kolejną wojnę i tak aż do chwili, kiedy nie będzie co odbudowywać. Wtedy trzeba kraj podzielić, a producentom narzucić swoje „postępowe i racjonalne prawa”. I nie mówcie mi, że w Europie nie było nikogo, kto myślałby podobnymi kategoriami w czasach, zanim w ogóle pomyślano o czymś takim jak traktat w Radnot. Czy można było zapobiec katastrofie na gruncie ekonomicznym? Możemy o tym dyskutować, a pomoże nam w tym książka Adama Szelągowskiego

Chcę tylko zwrócić uwagę jak ujmująco prezentuje się list kanciarzy z miast pruskich, którzy próbowali naciągnąć króla Zygmunta, za pomocą swojego memoriały, na zmianę polityki menniczej. Szczególnie jeśli wziąć pod uwagę lamenty dotyczące interwencyjnego wykupu książek przez państwo i podkreślanie roli wybranych wydawnictw dla ratowania Polski i jej kultury.

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI,  30 kwietnia 2020 r.

Ilustracja tytułowa: Gabriel Maciejewski.

Artykuł opublikowano za zgodą autora.

Podkolorowanie wybranych akapitów – wg/pco

*

, 2020.05.03..
Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski