Chmura to bzdura / Pejsbol


Chmura to bzdura

Dzięki koronawirusowi mogliśmy widzieć chmury aż po horyzont. Niektórzy się tym widokiem zachwycali, że chmury nie rozmazują się w lepkiej mazi krajobrazu na widnokręgu a widać je praktycznie do samego końca. I są piękne, kształtne i jak dawniej. Głównym winowajcą smogu jest
transport. Wszędzie tak jest i zawsze waha się to pomiędzy tuż ponad 50% aż ponad 70%.

Wymysły, że smog pochodzi z palenisk przydomowych, to typowe brednie.
Wystarczyło, że przestały latać nad Polską samoloty a już niebo przejaśniało. Obojętne skąd się biorą smugi za samolotami, bo już samo to, że są, nie jest niczym naturalnym a potrafią przesłonić znaczną część nieba.

Często całe zachmurzenie nad danym – obserwowanym z ziemi – obszarem
to kondensat pary wodnej wynikły z ruchu lotniczego. A szare, zamazane widoki nad miastami i w okolicach węzłów komunikacyjnych, to też wynik palenia drewnem w kominku? Palant w to uwierzy i tylko taki jak on.

Jednak nie o takiej chmurze będziemy tu mówić. Chmura to rodzaj tego czegoś, co w nieudaczny sposób przeniesiono z angielszczyzny do naszego języka. Mój dobry kolega, który jako wybitny komputerowiec i programista ciągle nie nawykł do anglosaskiego „mlaśnij” czyli „kliknij” i
mówi „puknij”, jednak całkowicie dał się zwieść modzie na chmury.

Dawniej mówiło się a i dziś (chyba) też, o ludziach oderwanych od rzeczywistości: „Chodzisz z głową w chmurach.” albo „Bujasz
w obłokach.”.

I o tym porozmawiajmy, bo takich ludzi, którzy uciekają od rzeczywistości albo nie umieją się w niej odnaleźć, można raczej posądzić o uprawianie poezji niż o prozę życia. A tu mamy
coś zgoła cudacznego, bo tak zwaną rzeczywistość wirtualną.

Wszakże virtual to po angielsku: faktyczny, rzeczywisty i prawdziwy. Czyli (sztuczne) odzwierciedlenie rzeczywistości znaczyłoby z angielska: faktyczna rzeczywistość albo prawdziwa rzeczywistość albo (o zgrozo) rzeczywista rzeczywistość.

W istocie chodzi o to, by coś wyglądało jak w rzeczywistości.

U nas natomiast ten zlepek niedorzecznych słów, czyli „rzeczywistość wirtualna” to coś innego niż rzeczywistość. Dla Anglosasów
też to coś innego, ale z ciągłym znaczeniem, jako coś co jest odzwierciedleniem rzeczywistości.

I po tym przydługim opisie weźmy się za te chmury.

Chmury to w istocie potężne serwery ukryte w mrocznych (gigantycznych) centrach serwerowych. Takie molochy serwerowe są szybkie i
posiadają ogromne możliwości gromadzenia danych. I zawsze są czyjeś. Zawsze ktoś kroi za ich użycie. Zawsze ktoś ma w tym interes, by Twoje dane, drogi Czytelniku, wylądowały na tym serwerze.

I zawsze opatrzone jest to gadaniną, że to wygoda, że to szybciej, że to lepiej… jak to zrobią fachowcy.

Aplikacje dzisiaj nie leżą na Twoim komputerze, tylko bujają gdzieś w chmurze, która je obsługuje, a Tobie wypluwa tylko efekt swego działania. Czysty wirtual.

Ty natomiast już nie masz problemu, nie masz u siebie jakiegoś pliku wykonywalnego, który Ci pożera moc procesora.

Jesteś jak przypięty łańcuchem członek stada w oborze, który zawsze, gdy tego potrzebuje, dostaje pić, wystarczy tylko że mordą wsadzi w poidło. Micha też nadchodzi w porę, ale i dojenie, i wywózka do rzeźni. Wszystko w porę, wszystko bez kłopotu. Ty tylko masz stać, żreć, wydalać i przynosić pożytki nadzorcy stada.

Cóż za wygodne życie. Nieprawda?

Aplikacje już nie są Twoje u Ciebie – są jakby Twoje u innych – u prowadzących chmurę. U właściciela chmury. Czy nie piękne sprowadzenie noszących głowę w chmurach do rzeczywistości?

Program nie jest już zawalającym dysk Twego osobistego komputera plikiem, pod który podwiesić Ci się może jakiś wirus, ale jest teraz kontenerem w wielkiej bazie kontenerowej chmury.

Ciekawe, czy też czujesz absurd tej sytuacji, czy tylko ja widzę tę niedorzeczność?

Napisałem do mego kolegi, o którym już wspomniałem, krótki sms: „Chmura zaprzecza idei komputera osobistego.”.
Odpisał: „Komputerem osobistym jest telefon.”.

Myślę, że mi wybaczy to, bo znamy się od szkoły a to zamierzchła epoka, co mu na wypisywałem potem.

Słyszymy dzisiaj natrętną proamerykańską propagandę u nas tak zwanej Głowy Państwa, że zachodnia korporacja chce tu u nas zainwestować miliard dolarów w takie właśnie centrum baz danych służące do organizowania chmury. Ilu to ludzi będzie miało pracę i tak dalej i w ten deseń.

Kukły (czy jak ich określają – marionetki) prezydentów ciągle traktowane są podobnie. Najpierw napuszczą lokalnych, by jeden powycinał pozostałych aspirantów do stołka prezydenckiego a potem zostawiają tego najsprawniejszego w wycinaniu, aby sam sobie radził. I zawsze są tacy bezinteresowni, tacy dobrzy, takie wujaszki kochane i nie wietrzące nigdy swego.

Otóż dzisiaj na chmurach się doskonale zarabia, to złoty interes, bo wylansowano modę na to noszone w kieszeni poidło, jakim jest telefon.

Telefon to telefon. Miał służyć do połączenia ludzi a tworzy w istocie społeczeństwo ludzi głęboko wyalienowanych.

Gdybym choć mógł powiedzieć – oderwanych od rzeczywistości. Nie, to poidło wirtualne, noszone zawsze ze sobą, naparzające na człowieka wysokimi mikrofalami i tylko po to, aby było wygodnie sięgnąć do informacji.

Tylko po co komu ta informacja?

Ludzie mówić się oduczyli, dziś nawet na dworcach mówi za nich program komputerowy. Zobaczcie dokoła – kto dziś rozmawia z drugim człowiekiem? Gdy tylko o coś zagadniesz, patrzą się na Ciebie jak na zbira, który przeszkadza w oglądaniu komórki. Zamknęli ludzi w tych komórkach.

Komputer to komputer. Miał być w wersji jako maszyna osobista czyli komputer osobisty alternatywą dla wielkich centrów obliczeniowych, które były drogie i niedostępne. Czyli dostępne dla tak zwanej elity finansowej, czyli dla bogatych.

Komputer osobisty miał złamać ten prymat i dać przeciętnemu zjadaczowi chleba coś, dzięki czemu sam zrobi sobie wiele rzeczy, które mu są w codziennym życiu potrzebne.

Mogłeś go sobie podpiąć do jakiejś sieci albo nie. Miałeś poczucie niezależności. A okazał się nagle zbędny, bo pojawił się telefon o dużych możliwościach obliczeniowych, który żadnego poczucia wolności nie daje a jest w istocie wirtualną (czyli faktycznie rzeczywistą) smyczą, kajdanami, obrożą, poidłem i karmidłem. I mają Cię, jak cielę ofiarne, które mogą teraz sobie wygodnie tuczyć, bo samo nie widzi, że tuczą je tylko po to, by je pożreć.

Patrzy się taki w komórkę, niczego już nie oblicza, nie tworzy a nosi terminal, bo tym jest ten potwornie naszpikowany elektroniką gadżet – i marnuje swój cenny czas.

Życie przemija, nie stoi w miejscu.

Dla właścicieli chmur natomiast, ważne jest, by było jak najwięcej takich naiwniaków, których doją jak frajerów. Tu elementy gwary więziennej są jak najbardziej na miejscu.

Jak to się rozwinie?

Niestety to realizacja zapisu z Apokalipsy Świętego Jana rozdział 13:

16. I sprawia, że wszyscy: mali i wielcy, bogaci i biedni, wolni i niewolnicy otrzymują znamię na prawą rękę lub na czoło
17. i że nikt nie może kupić ni sprzedać, kto nie ma znamienia – imienia Bestii lub liczby jej imienia.”
[1]

I nie chodzi tu o prymitywne znamię w postaci jakiegoś głupiego chipa, który ma służyć wyłącznie do lokalizacji i identyfikacji delikwenta, który dał sobie go wszczepić. Komputery bioniczne, które będą się integrować z ich nosicielem, są już właściwie u bram.

Sprzęt wrośnięty – to bardzo dobre słowo – niewielki – w skali gigantów mieszczących takie chmury – ale realizujący wystarczające funkcje, by był niezastąpionym terminalem, to nie jest pieśń przyszłości. To technologia możliwa do przewidzenia w najbliższym czasie. To ma być znamieniem bestii.

Bo w końcu o co chodzi w tym wszystkim? O kupowanie i sprzedawanie. A kto to lubi najbardziej? Czyja to jest religia? Handelek.

I pomyśl, drogi Czytelniku, ten kontener w chmurze, to tak jakbyś miał żonę współdzieloną. Przydzielają Ci ją, gdy o to poprosisz – zwrócisz się o to przez Twój osobisty terminal – i wypluwają Ci ją na jakiś czas, by zaspokoiła Twoje potrzeby. Obojętnie jakie, bo są tacy, którzy wodę potrafią
przypalić. Dla nich to pewnie bardzo wygodna metoda kontenerowania żony. Paradoksalnie występuję tu jako obrońca komputera osobistego a przecież byłem zaciekłym wrogiem komputerów.

Umiem pisać nie tylko takie wstawki jak ten tekst. Programowanie to też pisanie. I ciągle widzę porównanie do ziemi.

Wyobraź sobie, że masz ziemię, ale jest ona nie Twoja, tylko jakiegoś bogatego (tu nie używajmy wyzwisk), który daje Ci ją do użytku dojąc niemiłosierny czynsz dzierżawny. Ty wypruwasz się ze swej pracy, czasu i środków, poświęcasz rodzinę i ludzi najemnych a nawet tych, którym nie zapłaciłeś i ledwo wyrabiasz na ten czynsz. Zaczynasz lać chemię tonami, by cokolwiek wyrosło więcej, niż to, co pożerają koszty dzierżawy. I złapałeś się w pułapkę interesu, gdzie jesteś parobkiem u jakiegoś (tu też nie używajmy wyzwisk), który sprytnie zagarnął Twoją ziemię, zanim zdołałeś się dorobić, by samemu za nią zapłacić. Obojętnie, czy chciałeś coś złego, czy nie – trujesz ludzi szkodliwym produktem uchodzącym jako żywność – bo nie jesteś w stanie zapłacić tego haraczu dla właściciela ziemi. To chcą ci zrobić ci przemili koloniści, którzy tak dbają o Twoją wygodą

tu na tym łez padole – czyli w chmurze. Ci, którzy wyciągają już łapy, by 1-go maja 2021 roku zagarnąć cale zasoby Skarbu Państwa w Polsce, bo kolejna władza dba o interesy korporacji zawiadującej chmurą. I w tej chmurze wychodzisz na zwykłego tumana, gdy dasz się nabrać na tak – iście podstępnie – sprzedane dane.

[1] – Za Biblią Tysiąclecia.

Z Bogiem.

Andrzej Marek Hendzel

Źródło: hendzel.pl , 24 czerwca 2020.


Pejsbol

Czy znowu będzie o sporcie? A czy ja kiedyś tu pisałem o sporcie? To są pytania do rozstrzygnięcia i, mam nadzieję, nie ja będę musiał je rozstrzygać. Sport to zawsze jakaś przenośnia. Często raczej zwykłej bitwy. Taki surogat krwawej waśni.

A w istocie, szukając czegoś do tego tekstu, wpadłem na taki dziwny portal, gdzie wszyscy są dla siebie mili, stare są pochwały: „Super.”, „Pięknie.”
Pochwaleni stale sobie pięknie dziękują. Aż nie do uwierzenia.

A w istocie jest tak, że każdy się po łbach okłada, jeden drugiego – rzecz jasna. Tak przecież wyobrażali sobie niektórzy człowieka pierwotnego, prymitywnego i dzikiego.

Żeby coś zrobić, na przykład utrzymać się na stołku Prezydenta, gdy się jest wyjątkową miernotą, populistą i sługusem – taką kukłą – o czym było w Chmura to bzdura – trzeba najpierw odpowiednio się nadstawić. I
żeby chodziło o nadstawienie drugiego policzka. I teraz druga miernota, która aspiruje na stołek Prezydenta – ten wymieniany tam – aspirant – skacze jak pchła na grzbiecie psa, że to ona jest lepsza, ona nadskoczy komu innemu i komu innemu da się spalantować. I wyskakuje nowy Daniel Palant.
I znowu walczą dwie miernoty o najwyższy urząd w Państwie, które powinno nauczyć się szanować.
Nauczyć się szanować samo siebie. Oczywiście to Państwo baśniowe, nowe krasnoludowo albo nowy krasnoludenland.
I iluzja pryska, już nikt nie chwali nikogo w krótkich, ale miłych słowach, lecz jest sążniste wyzywanie ze strony ludzi nie posiadających elementarnej wiedzy. Wszystko na postkomunistycznym zmyśleniu pieszczochów komunizmu. A ktoś nad naszymi głowami wali w tego pejsbola. I czy
to jest jakieś mówienie z nienawiści? A pomyślcie, gdyby nie zapisali (ponoć) w naszej Konstytucji tej „mowy nienawiści”, tego sloganu, który nic nie oznacza, bo nigdzie jako pojęcie prawne nie został
określony czy, jak wolą inni, zdefiniowany, to czy ono to pojęcie w ogóle by istniało w mowie potocznej czy literackiej?

Toż to przecież szczyt grafomaństwa, takie fetyszyzowanie jakiejś nienawiści, tworzenie z niej persony – niemalże bożka. Bo to właśnie czyni nie nasza Konstytucja a jacyś niesprecyzowani ludzie – nie potępiają wygadywania nienawistnych czyli pełnych nienawiści bzdur, ale gloryfikują nienawiść i stawiają ją na piedestale, tworząc z niej fetysz, osobę i boga.

Są dziś ludzikowie, którzy piszczą za tytułem profesorskim właśnie z owej „mowy nienawiści”, zupełnie jak ci potępiani przez Daniela Palanta ludzie, którzy oczekiwali tytułu profesora za prace o grze w palanta. Czy nie paradoks? Konstytucja w artykule 13-tym nie mówi o żadnej „mowie nienawiści” a stwierdza:

„Zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa.”.

Gdzie tu „mowa nienawiści”.

A gdyby w Konstytucji zapisana była fraza, że zakazana jest „mowa trawa” to zarówno pisma o naszpikowanej fetyszyzowaniem nienawiści „mowie nienawiści” jak i pisma szerzące nienawiść z uwagi na potępianie jakiejś rodzimej (czyli narodowej) gry, byłyby piętnowane za swoje oszołomstwo, wzgardę i pogardę dla innych ludzi.

I gdyby pejsy były chociaż na pewno azjatyckie albo chociaż bliskowschodnie, czyli być może czasem semickie. Poszukajcie rysunków z Knossos i innych miejsc na Krecie, czyli starogreckich z epoki minojskiej i zobaczycie tam chłopców z pejsami uprawiających sporty. I co powiecie? To też żydzi? Tak?

Czy pejsy zatem są żydowskie?

Ależ jakim cudem? Ich tradycja tak daleko nie sięga, bo epoka minojska to okres przedhomerycki czyli grubo dalej niż 1100 lat przed naszą erą.
Jednakże dzisiaj anglosaska wersja palanta i ich piłka nożna (czyli europejska) czy też chwytana (czyli amerykańska) opanowane są przez finanse a tymi kto rządzi w Ameryce? Grecy z epoki minojskiej czy inni nosiciele pejsów?

Wszystko sobie można przywłaszczyć, gdy jest ku temu dogodna
okazja. Wtedy prezydenci skaczą jak pchły, aby podlizać się hegemonowi i dają mu wszystko, by utrzymać się na stołkach. Aby tylko dostać jakieś marne bodaj wsparcie polityczne. Ukłonią się każdemu bożkowi dla przedłużenia swojej bodaj iluzorycznej władzy.
Chciałbym tylko widzieć te miny tych propisiorskich antyatomowców, którzy łykają teraz te memoranda i deklaracje o budowie elektrowni jądrowych. Tych wszystkich ludzików, którzy z platfusów robili się na pisiorów, by podlizać się kandydatowi na Prezydenta. Tych wszystkich z żółtymi tulipanami i mikrofonami. Jak oni się teraz czują? Najpierw ruskie elektrownie jądrowe, potem niemiecko-francuskie a teraz (najlepsze) „amerykanckie” – jak mawiał Pawlak do Kargula.

Jak to mówią „Co za dużo, tego nawet świnia nie zje.”

A za te same środki można by zbudować kilkakrotnie więcej elektrowni, które wytworzyłyby wielokrotnie więcej prądu. I starczyłoby na modernizację zniszczonych i przestarzałych linii przesyłowych, które na samej oszczędności uratowałyby przed bezmyślną stratą więcej prądu niż dwie duże elektrownie jądrowe.

Ale nie, lepiej podlizywać się teraz Amerykanom i dawać się dalej robić w balona – bo co „amerykanckie to amerykanckie”.

A za tym wszystkim czai się widmo zwykłego, prostackiego wywłaszczania i kolonizowania Polski, którego szczytowym osiągnięciem ma być kres ustawy o zakazie sprzedaży ziemi z zasobów Skarbu Państwa, który ma nadejść 1-go maja 2021 roku. Będą placyki także na parę elektrowni jądrowych i na inne boiska do pejsbola. Tylko o palancie wszyscy zapomną i w tym zapomnieniu nie będą się czuć jak palanty – bo „Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.”.

Ale gdzie to serce, bodajby do walki na boisku do palanta?

Z Bogiem.

Andrzej Marek Hendzel

Źródło: hendzel.pl , 26 czerwca 2020.

Opublikowano za zgodą Autora.

Ilustracja tytułowa: Widzowie publicznego pokazu mody L’Oreal na alei Champs Elysees w ramach Paris Fashion Week fotografują smartfonami. Fot: Reuters/Charles Platiau, za: BuisnesInsider.com, 18.12.2017. / wybór wg.pco


2020.06.28.
Avatar

Autor: Andrzej M. Hendzel