Lira Achillesa / Obijanie się dla Ojczyzny


Lira Achillesa

Zmęczony jestem tym, że stale muszę przypominać, że 1-go maja 2021 roku obcy dopadną się do Polskiej Ziemi i te resztki, które zostały w zasobach Skarbu Państwa wylecą do kolonistów.

Zupełnie nie rozumiem postawy rolników, a w istocie chłopów.

Oczywiście, że ziemia rolna to sprawa całego Narodu Polskiego, ale dotyczy na początek tej grupy zawodowej, która na niej pracuje. Tak samo jak kopalnia dotyczy najpierw górników, choć jest przecież sprawą ogólnonarodową.

Z tego punktu widzenia moja muzyka dotyczy mnie samego, choć przecież jest własnością całego Narodu Polskiego. A może i wszystkich narodów. Tak, to ciekawe.

Dlatego pomyślałem o Achillesie, który, gdy się wkurzył na niewdzięcznych Greków, wolał siedzieć i grać na lirze, niż dalej brać udział w walce. Nie gram na lirze. Nagrałem ostatnio trochę moich piosenek. Część to stare rzeczy, część stosunkowo nowe. Inne leżą i czekają na lepsze czasy. Jednak te akurat jakoś się wiążą ze sprawą, zatem puszczam je ludziom, nawet gdy nie słuchają.

Zapomnieliśmy o naszym homeryckim wychowaniu, gdyż, jak twierdzą niektórzy, żyjemy w kulturze judeochrześcijańskiej. Może. Tego nie wiem, bo Akropol w Atenach choć w ruinie wciąż stoi. A Ateny to ciągle Ateny a nie Chrystopolis.

Ktoś zapyta: „Po co wypisuję jakieś rzeczy o ludziach, którzy nie wiadomo kiedy żyli i nie wiadomo czy żyli?”. Achilles w końcu wziął udział w
walce i dokonując najbardziej heroicznych czynów zginął w boju. Każdy ma taką piętę achillesową, o której zapomniała matka.

Gdybym działał, to bym nie pisał. A tak piszę. Ktoś stwierdzi, że pisanie to też walka. Może, choć dla mnie to taka gra na lirze siedzącego na piachu plaży Achillesa. Gdzieś tam obok okrętów czarnych od smoły. Wybitnie niezdrowa atmosfera, bo okręty obijano wtedy ołowiem, aby były stabilne i aby ich świdraki nie niszczyły.

My, Europejczycy przypomnieliśmy sobie o tej metodzie dopiero w XVIII wieku, czyli licząc z lekka trzy tysiące lat później. Lecz my tu w Polsce tyle czasu nie mamy, by się opamiętać i wyzbyć rodzimych swarów.

Ktoś inny powie, że to dobrze, bo to rodzimy Swarożyc ludziom podpowiada. Bóg słońce? Za króla słońce tej starogreckiej metody na ołowianą blachę nie znano. Zobaczcie jakie zapóźnienie w stosunku do kraju ze Wschodu, bo Jonia, czyli kolonie greckie po azjatyckiej części Bosforu, to w końcu chyba wschód od Francji a cywilizacja znacznie bardziej szacowna i stara. Prawdziwa Europa, nie tam jakieś podróbki z Paryża.

A wsiowaty Berlin, gród ukradziony sąsiadom Słowianom przez zaborczych Sasów, to co? Do Berlina mam bliżej niż do Warszawy a ta nasza nowa od Wazów stolica coś z lekka zapomina o tym, że tam ma prerogatywę i obowiązek troski o całość Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Polskiej.

Tam na Wiejskiej siedzą tępe kpy, które zapominają o powinnościach.

Znowu inny powie, że tu kogoś obrażam. Najpierw chłopów, potem… już sam nie wiem kogo. Lecz się pytam:

A gdzie Wy wszyscy jesteście, ci którzy macie dbać i troszczyć się o Polskę? Co teraz robicie? Zwalacie to na mnie i na paru emerytów, którzy obok mnie czasem przekleją te teksty? Taka jest Wasza rola? I mówię do
Was w liczbie podwójnej jak robili to z namiętną lubością sadystów rodzimi komuniści. Gdzie Wy jesteście? Liczba podwójna tak użyta, jak ja jej używam, to staropolszczyzna.

Przyjdźcie, zaczniemy działać i pogonimy na cztery wiatry i kolonistów i tych zdrajców, którzym stanowią tłum sejmowy. Rozkminimy ten układ. To nie jest trudne, ale trzeba być zdecydowanym i trochę wiedzieć o wojowaniu.

Wróg nie śpi, ale działa. Ma lepszych specjalistów od manipulowania informacją, bo przejął media. My co mamy, kilka niezależnych portali – i to prawie żadnego w Polsce – które tę tematykę poruszą.

Pisiory nic o tym nie powiedzą, bo to zdrajcy, którzy z pozoru wysługują się Amerykanom, a są sympatykami Berlina. Platfusy nie zrobią nic, a teraz będą się mścić na polskim chłopie nawołując, żeby nie kupować jego produktów, bo poparł w wyborach pisiorskiego kandydata na Prezydenta. Coś rozdęta ta rura tuby propagandowej.

A chłop, zamiast stać na swoim i dbać o swoje interesy a przy tym o interes Rzeczypospolitej, wziął udział w tym przetargu ufając kłamcom.

W oddali słychać pieśń Achillesa, bo jak tu z takimi wojować…

Z Bogiem.

Andrzej Marek Hendzel

Źródło: hendzel.pl , 17 lipca 2020.


Obijanie się dla Ojczyzny

Ostatnio pisałem o zmęczeniu. „Co za dużo to nie zdrowo.” – jak mawiają niektórzy. Jest pewien względnie młody prawnik, który właśnie przypomniał mi, że żyję w koszalińsko-słupskiej atmosferze waśni lokalnych. Stwierdził, żebym się wziął do roboty dla Ojczyzny a nie tylko płodzę swoje artykuły, które mają wąskiego odbiorcę. I znowu wyobraziłem sobie Aleksandra Głowackiego, jak ostrożnie idzie po schodach, by dojść na Plac Zamkowy. Nie spogląda w dół, bo lęk przestrzeni go paraliżuje i myśli nad nowym felietonem. Dla kogo go popełni?

Właśnie… Dla kogo? Dla stojących na placu kwiaciarek i sprzedawcy kaloszy? Dla biegnącego gazeciarza, który nawet nie wie, że niesie przez niego prowadzony tytuł. Gazeciarze nie muszą znać redaktorów naczelnych, bo to nie zawsze znajomość obarczona tak wielkim zaszczytem jak w wypadku poznania Prusa.

Pan Bolesław albo lepiej Aleksander, drapie się nieco po brodzie i zastanawia. Opisał już wszystko, co tu widzi, a miasto niezbyt
duże o duszyczce prowincjonalnego grajdoła. Na co się już nie zamachnął? I co tu robić?

I nagle przychodzi email i druzgocze jego powinności i pragnienia.
Wsadza mu kopa, by… pisał dalej. Bo po kiego on pisał? Komu to służyło, że zauważał w zupie pływające włosy rodzimych pejsów? Jak zrobił, że szacowny tytuł, którego tu celowo nie wymienię, bo jest dzisiaj szarpany i profanowany przez tych, którym chciał postawić tamę przynajmniej w polskiej prasie, że ten tytuł wypłynął na szerokie wody i spokojnie można by go wydawać w Paryżu czy Londynie a niczym nie odstawał poziomem od najlepszych w Europie tytułów prasowych.

I nagle jakiś młody człowiek potrąca go i mówi: „Panie Prus, rób pan coś dla Ojczyzny, a nie tylko piszesz te swoje felietony, które docierają do ograniczonego grona ludzi.”.

Wszakże liczba ludzi w całej Ludzkości też jest ograniczona.

Nie wiem, co, miał na myśli młody człowiek, który tak ładnie ukłonił się unosząc przy tym swój nieco na bakier noszony melonik, gdy powiedział o ograniczeniu.

Może chodziło o ograniczenie umysłowe czytelnika a może o brak duchowych podniet, gdzie każdy widział tylko parę i żelazo a o sprawach wyższych zapomniał.

I ten wszechogarniający rubel, synonim utraty niepodległości Polski. Dawny email czy sms miał inny powab, trzeba było kogoś nim fizycznie walnąć, by dotarło.

Dziś przechodzi bez echa, jak mgiełka nad bagniskiem. I dalej nie wiemy dla kogo on pisał ten Prus.

Zapomniano już dawno o pozytywizmie i jego nieco leciwym przesłaniu, ale dziś stale na tapecie, gdy trzeba wnosić powiew nowoczesności, jak tego chcą przeróżni żniwiarze głupoty ludzkiej. I wali tą nowoczesnością jak emailami i sms-ami. Tłuką się nimi wszyscy, jakby komary odkurzać, które tysiącami obsiadły ściany i sufity. A gdzie w tym wszystkim rozmowa? Gdzie w tym wszystkim chęć porozumienia się? Czemu nie przyjdzie taki i nie powie: „Chodź pan na herbatkę. O tam mają wolny stolik. Podyskutujemy.”

Pan Bolesław jest już na równym, nie dygoce jego serce ze strachu przed wysokością. Żydzi prowadzą, owszem, swoje gazeciny, ale to barachło niewarte czytania. Jego tytuł stoi dobrze. Sprzedaż idzie. Książki drukują w seriach dla prenumeratorów. Żyć nie umierać. Nie koniecznie trochę
uwiera ten rubel w kieszeni, który stale grozi paluchem, że nie ma wolności w tym kraju nad Wisłą.

Spokojnie wchodzi do budynku redakcji. Zamyka się u siebie i zaczyna klepać w klawiaturę swego PC-ta. Albo jakiegoś innego typu stalówki czy pióra.
„Byle tylko nie kopiuj-wklej.” – tylko to słyszy, gdy wgłębia się w temat nowego felietonu, bo przecież nie zgłębił wszystkich tematów, bo tematów jest nieskończenie wiele, jest ich nieograniczona ilość, tylko trzeba chcieć się podłączyć do tego strumienia. I znowu trafia na żyda na tym pięknym szmacianym papierze, którego lubi użyć, żeby wszystko nie było jak papierowa pulpa.

Niech inni, ci z pozostałych redakcji piszą te swoje knoty pulpiane, on jedzie na starej szmacie. I znowu przyplątuje się refren, że przecież wszystko to robi dla Narodu Polskiego i tej zabitej dechami Ojczyzny.

I nagle patrzy na kalendarz a tu – puk puk – nie ma już nawet dziesięciu miesięcy do 1-go maja 2021 roku, gdy Polska Ziemia, dla której to pisze, pójdzie do Niemca jak frymarcząca sobą markietanka.

Po plecach mu przelatują ciary (jak pisał Karol Kurpiński w swym „Dzienniku Podróży”), że nie wie, co teraz z tym zrobić. I dalej pisze, aż zobaczy koniec miejsca na felieton. Tyle i tyle liter.
Szlus. Niech inni o tym myślą, dla kogo to zrobił.

I teraz ja… Czy ja się tu obijam? Chyba już tylko kijem, bo cały chodzę poobijany od tego pisania. Nie dociera do ludności, bo w Polsce nie ma tytułu, takiego jaki prowadził pan Bolesław. Przeszedłbym się chociaż na Powązki, aby popatrzeć po grobach tych, którzy tak jak ja się niegdyś obijali. Ale to daleko. Sprawdzę, czy przyszła fotografia [1]. To mi musi wystarczyć, że bity i bajty mi ją tu dostarczą.

Wklepię jeszcze kilka słów tym gęsim piórem na megabajtach i niech idzie w Świat szeroki. Co mi tam lęk przestrzeni, byle dotarło… bodaj do jednego Polaka. Szczerego i serdecznego, że są rożne metody troski o Ojczyznę.

Z Bogiem.

[1] Fotografia Andrzej Skorski, nagrobek Aleksandra Głowackiego (Bolesława Prusa) Powązki w Warszawie.

Andrzej Marek Hendzel

Źródło: hendzel.pl , 20 lipca 2020.

Opublikowano za zgodą Autora.

Ilustracja tytułowa: Nagrobek Bolesława Prusa [Aleksandra Głowackiego] na Starych Powązkach w Warszawie [kwatera 209]. Pomnik autorstwa Stanisława Jackowskiego [1914 rok]. [Źródło: Galeria Cmentarza Powązkowskiego w Warszawie].


2020.07.20.
Avatar

Autor: Andrzej M. Hendzel