Prezydent… urra / Kraina serwusów / Krzyczące szepty


Prezydent… urra

Czy będziemy tu mówić o którymś z naszych wschodnich sąsiadów, albo lepiej dalekozachodnich? Dobrze by było. Zawsze łatwiej zwalić wszystko na Ruska. A tu tymczasem mamy swojego gagatka. Pisałem o tym we wstawce – „Klakiera”. Jednak nie wyczerpałem tematu, zatem do dzieła.

Co to za Prezydent, który nie zna swoich konstytucyjnych obowiązków?

Przyłazi na spotkanie ze związkowcami rolniczymi, zatem może czasem trafić na jakiegoś rolnika i to na dodatek wścibskiego. Dopytuje się taki agresor o to, czy Prezydent wie, że 1-go maja 2021 roku Polska Ziemia
ma iść do obcych, bo zapomnieliśmy napisać ustaw blokujących sprzedaż ziemi cudzoziemcom
.

Podpisaliśmy akces unijny i tam według tego przydługiego piśmidła ziemia ma iść na wolny rynek.

Zapomniano tylko, jakim krajem jest Polska. Polska jest ofiarą II Wojny Światowej – czyli krajem zwycięskiej koalicji, który został potraktowany gorzej niż kraje przegrane.

Jedynie Niemcy zostały okrojone z terytoriów w porównywalny sposób, ale Niemcy to sprawcy II Wojny Światowej, ogólnoświatowy napastnik.

Niektóre kraje nieco straciły: Czechosłowacja – Zakarpacie, Rumunia – Mołdawię. Ale Czechosłowacja poddała się bez walki i w istocie straciła Słowacja, która dość wiernie szła z Niemcami. Rumunia natomiast była sojusznikiem Niemiec.

Okrojono zatem Polskę jak najwierniejszego z wiernych… Tylko w stosunku do kogo? Oczywiście, że kosztem Niemiec, żeby na następne
pokolenia wiecznie był konflikt. To rachuby tamtych ze Wschodu.

Co to za minister rolnictwa, który nie przyszedł do Prezydenta mu powiedzieć, że najważniejsza jest kwestia ziemi rolnej? Gdy się idzie nawet do takich szemranych związkowców rolniczych, gdzie może co drugi to rolnik, jednak jacyś rolnicy tam są i to może być dość dziwne, że Prezydent nie wie, że ziemia to część terytorium Polski.

A Zakopane, kupione i to na mocy długoletniego sądzenia się i zwycięstwa w sprawie, gdzie Zamoyski kupił tę ziemię, by ją następnie ofiarować Narodowi Polskiemu. I to w czasach zaborów.

Czy ktoś sądzi, że niemieccy koloniści nie wiedzą o tym i nie znają tego sposobu. Oni też kupią i może nie przekażą ziemi swemu narodowi,
ale na pewno będą się starać, by ta ziemia wpadła w ręce Niemiec.

Każdy niemal kolonista z Zachodu twierdzi, że kupiona przez niego ziemia podlega prawu jego kraju rodzinnego nie Polski.

Co to za doradcy Prezydenta, którzy nie poszli po rozum do głowy i nie przyszli do Prezydenta, że wzywają ministra rolnictwa, by wyłożył sprawę Polskiej Ziemi? Po to tam siedzą, by doradzać. I załóżmy, że jest jakieś usprawiedliwienie dla Prezydenta w okresie elekcyjnym, bo był zajęty sprawami wyborów i mógł nie pamiętać. Pewnie mu tam coś w głowie dzwoniło, ale nie wiedział nawet, czy to na dzwonnicy, czy to może na jakimś żaglowcu w dzwony walą. Jednakże doradcy powinni wiedzieć i pamiętać.

I weźmy tę sprawę zważmy na chłodno.

A może oni wszyscy nie wiedzieli, bo nie rozumieją, że ziemia to warunek istnienia państwa? Ich żydowscy przodkowie w Kanaan wiedzieli, że ziemia to najważniejsza sprawa, że będą dla niej rżnąć miejscowych do nogi, wszystko obłożą klątwą, oprócz młodych panienek, które nie znały jeszcze mężczyzny. Potrzebne im były młode jałówki, bo widać kobiet był deficyt w starożytnym Izraelu. A ci dzisiaj nie wiedzą? Dla nich ziemia to jakiś wymysł.

Bo kto nam tu ziemię chce zabrać?

Jeśli lubisz dawać się nabierać, jeden z drugim, to już nie wiem, co mogę na to poradzić. Naiwnych nie sieją, oni latają jak plewy na wietrze. Wszędzie są. Tylko czemu nasz Naród stoi i sam z siebie plewy robi? Lubi fruwać na wiaterku? Lubi dawać się bujać aż pod obłoki?

Hierarchia jest taka – Prezydent, minister i doradcy. Ale u nas winę zwalą na tych tam na dole. Prezydent niewinny. Minister niewinny. Winni doradcy. A może ich tam wcale nie ma?

Nie doszukujmy się kłopotliwych podtekstów. Nie wiem, od czego psuje się ryba, ponoć od głowy, ale tu musiałby być warunek, aby była ta głowa. A tu nawet nie ma głowizny. Słychać natomiast tubalne „urra” – jakby Ruski szły w defiladzie. Pogubili gdzieś ich sławne napięte jak membrana naleśniki. ale zostało im jeszcze „urra”.

A nam się wydaje, że został nam Prezydent. Taki dobry, że aż Rusek krzyczy pod niebiosa „urra”. A Niemiec uczy go musztry i taktyki.

Z Bogiem.

Andrzej Marek Hendzel

Źródło: hendzel.pl , 11 sierpnia 2020.


Kraina serwusów

A o czym to znowu będzie. Czy obrabiamy krainę i nazwie Kraina? Nic z tego? Nie opisujemy też śpiewającego nieco baranim głosem Filipińczyka.

Bez wycieczek nacjonalistycznych, jakby powiedział zapatrzony nieco w siebie cwaniak, który chce w Polsce ustawiać ludzi po kątach, jakby nie
wiedział, że Polacy są cierpliwi i wyrozumiali, ale nie do końca i nie wiecznie.

Zatem może o Koszalinie? Koszalin to też Polska. Ciągle.
Zacznijmy to tak.
Słuchasz głośnej rozmowy w sklepie z półkami na książki. Coś tam szukasz,
pewnikiem raczej wiatru w polu, ale niech tam. I mówią o noszeniu ciężkich przedmiotów, podając głośno, że usłyszałby to nawet ktoś ze słuchawkami na uszach od śmierćfona. Podają przy tym dokładną wagę – „To waży trzydzieści dwa kilo.”.

Dawniej worki z cementem były po 50 kilogramów. Trzeba było mieć krzepię, by to nosić. Ile złamanych kręgosłupów dostarczyło to polskiemu systemowi ubezpieczeń społecznych.

Dziś jest bardziej unijnie – woreczki po 25 kilo.

I tak ci przychodzi na myśl i to raczej niezbyt głośno wypowiadasz:
„I z jaką dokładnością podane te kilogramy.”.
I co słychać w odpowiedzi?
„A pan to zawodowo tak podsłuchuje?” – pyta namawiający drugiego do tachania jakiegoś przedmiotu.
„Zwyczajnie słyszę i to z watą w uszach.”.
I dalej namawiacz: „Dziś ludzie to mają nawtykane różnych rzeczy w różne miejsca a niektórzy do głowy.”.

Stoisz i książki ci zaczynają wylatywać z rąk, choć dwa malutkie tomidełka i mówisz: „A to już ich sprawa.”.
Namawiacz prze dalej: „Nie koniecznie, bo człowiek musi żyć wśród nich.”.
Cóż, żyjesz wśród takich ludzi, jacy są. Jeden śpiewa, drugi wyje jak potępiona dusza a trzeci szuka donosicieli i podsłuchujących, gdy przekrzyczał swoim szeptem ruch uliczny w centrum miasta.

I zaczynasz wspominać. Dawniej, to było, ludzie do siebie mówili jakoś tak z gracją: „Serwus”.
Ponoć to takie „Cześć”, szczególnie modne gdzieś w latach sześćdziesiątych zeszłego wieku a moda tym razem zawędrowała do nas aż z Węgier.

A w istocie, o co chodzi?

Otóż serwus pochodzi od łacińskiego servus – niewolnik, sługa, pachołek, służebny, podległy, podwładny, niewolniczy lub obciążony – a to ostatnie w gwarze prawniczej. Synonim do famulus. Po prostu pochodzi to od przywitania lub pożegnania „Sługa pański” albo „Uniżony sługa”, co dało w skrócie „Sługa”. Czyli nasz tytułowy „serwus”. Po uprzednim spolszczeniu lub zesłowiańszczeniu pisowni. Lub zmadziarzeniu.

Czy mówimy tu o prawdziwej naturze Polaków? Tych walecznych, tych bitnych, którzy do oczu sobie skaczą o byle co, ale coś zapomnieli o powinnościach w stosunku do Ojczyzny.

Czy mówimy, że prawdziwa natura Polaków – zresztą jak i Słowian – to bycie sługą lub niewolnikiem?

Jeśli tak się stanie, że 1-go maja 2021 roku Polska Ziemia bez niczego pójdzie w obce łapy, to tak, mówimy o naturze niewolniczej Rodaków. Wylezie wtedy z nas nasza istota sług i niewolników, którzy za
fałszywe poczucie bezpieczeństwa oddali kawał ziemi ojczystej i to tym, którzy z nas zrobili najgorsze sługi i niewolników w historii.

Nie Rzymianie, ale ich popychadła Niemcy, choć jeszcze wtedy, jako Germanie, nie wiedzieli, że kiedyś Polacy im taką łatkę przypną. Niemiec, bo niemy, ale zipie oczkami, jak tu co komu ukraść, jak tu kogo okpić albo jak tu z kogoś zrobić sługę albo niewolnika.
Taki cichcem z cicha pęk.

Czy o to nam chodzi?

Ale przecież, każdy powie i Ty pewnie także, drogi Czytelniku, że dziś
już te „Serwusy” wyszły z mody. Dziś, gdy ktoś się tak odezwie przy młodych ludziach, to zaraz zrobią z niego niewyleczalnego lamusa. I pewnie masz rację i wszyscy mają rację… Tylko jest zasada –
„nieznajomość prawa nie chroni przed jego działaniem” – a niewolnictwo i bycie sługą jest poniekąd konsekwencją prawną systemu. Czy tamtego ze starożytności i przedśredniowiecznej nowożytności,
czy tej dzisiejszej równie niewolniczej, tylko ubranej w ładniejsze słownictwo.

Bycie serwusem to bycie serwusem, obojętnie, czy przeinaczymy to na polski, słowacki czy węgierski. Istota znaczenia tego słowa zostanie nawet wtedy, gdy zniknie z użytku powszechnego.

Jedyną metodą jest oprzeć się na antonimach dominus lub famula. Zamiast takiemu Szwabowi piać „Serwus”, palnąć mu „Dominus”. I Pan z Tobą – podstępny gadzie, który czyhasz na cudzą własność. Sypnąć tą łaciną.

Z Bogiem.

Andrzej Marek Hendzel

Źródło: hendzel.pl , 13 sierpnia 2020.


Krzyczące szepty

A po co ten oksymoron jak z amerykańskiego filmu nauczającego grupę opóźnionych amerykańskich rekrutów? A może zawędrowaliśmy w dolinę kiepskiej poezji, gdzie wypisujący swoje wierszydła nanizają te same paciorki swoich robaczywych myśli od lat siedemdziesiątych zeszłego wieku? A tym czasem Gazeta Zaborcza i Gazeta Zapolska wykreują wirtualną rzeczywistość dla zjadaczy pszenicy rundapowanej, aby widzieli świat oczyma żaby.

W filmie „Gladiator”, wiadomo też amerykanckim, Comodus delikatnie tłumaczy członkom swej rodziny, że im głowy poukręca, gdy będą szeptali po kątach. Pokazuje swoją pełnię charakteru despoty, gdy mówi: „Szeptali po kątach.”. Czy jakoś tak, bo cytuję z pamięci. Dialog nie był już tam
od razu taki genialny, by go wykuć na blachę.

Po prostu tyranii boją się szeptów po kątach.

Gdy ich słudzy czy, jak kto woli, ich ludzie, zbijają się w małe grupki i szepczą. Nawet gdy treścią tych szeptów jest smak piwa. Nawet ze smaku piwa wybuchnąć może rewolucja albo ktoś wreszcie przywróci ład i porządek.

My niestety chyba zasłużymy sobie na odwrotny tytuł – gdy szepczące krzyki naszych dokonań spowodują, że

1-go maja 2021 roku Polska Ziemia wpadnie w łapy naszych odwiecznych przyjaciół – Niemców.

Tak nas kochają, że nie potrzebują żadnego Comodusa ani omnibusa, by nas wykolegować i to u nas samych. Będą to szepczące krzyki myszy pod miotłą. Taki wizerunek sobie wypracujemy wśród narodów Europy i Świata. Naród piszczących krzykaczy.

Wrzeszczy taki, że taki lub owaki, ale gdy przychodzi do działania, cisza jak makiem zasiał.

Cokolwiek to znaczy.

A pusta kartka woła, aby wypełniły je treścią przeróżne kancelarie sprzedajnych notariuszy, adwokatów, sędziów przy pomagierstwie najrozmaitszych agencji handlu nieruchomościami, czyli martwym towarem.

Oni już tam potrafią nawypisywać gniotów literatury prawniczej,
które zamroczą nie tylko kiepskich poetów, ale i jeszcze bardziej genialnych piszących w tych wcześniej wymienionych gazetach. Ci to dopiero potrafią podkolorować fakty swoją wodną farbką rozcieńczoną ich rozgadaną plwociną.

I lud kupiony pół litra plus i innym nieco bardziej twardym chlebem, da się nabrać, a ziemia cichutko wyleci z krajowego kurnika na szerokie wody wodolejstwa popłuczyny prasy czerpiącej zaszczytne wzory z tych dwu almanachów paszkwili.

I wszyscy będą szczęśliwi i zadowoleni. Kombajny po nocy będą ciąć żyto przy ledowych lampach swych doświetlaczy i reflektorów. Rozgonią tyle ćmy nocnej chyba nawet z umysłów szerokiej widowni.

Grajdół zaśpiewa nam nowe hymny zwycięstwa, bo taki odnieśliśmy sukces w sprzedaży rodzinnego domu i mateczki ziemi. Koraliki będą się toczyć po klepisku jak urżnięte łby naiwnych kurczaków. Czy nie pięknie?

Nawet najbardziej cierpliwy profesor z jego wyuczoną mądrością pęknie na widok takiego zjawiska. Jego serce przestanie na moment bić, jacy to jesteśmy przemyślni, że zarobiliśmy na tej wyprzedaży garażowej.

Politykierstwo poprawi zmarszczki na tyle swego dawno nie odprasowywanego ubrania. Poprawi zwisy męskie i fałdy wyhodowane na poselskich dietkach. Zatoczy się zamaszyście i wyjdzie przed lud przemówić o sprawach ogólnych i o tym, że oni tu nie uprawiają poezji, ale politykę przez duże „p”.

Co nam dały takie wypowiedzi?

Zapiszę to tak, jak czytam, bo tak mnie uczyli w szkole: „pe” dały nam w bilansie ogólnym. Choć ładniej będzie: „pe” nam dały…

I wszyscy szczęśliwi i zadowoleni. Mogą sobie pogadać o piwie. Właśnie. O piwie. To zbijcie się w małe grupki i plećcie o piwie. Nie o dających nam „pe”, nie o Comodusach wszystkich epok, ale tym, co jest najbliższe sercu ludu, o piwsku.

Oni i tak się wystraszą, bo dla nich to będzie temat hermetyczny, jak dokonania poetyckie Owidiusza. Może go wygnali z Rzymu, ale dzięki temu zwiedził dzisiejsze Węgry i Rumunię. Widział Dunaj, co mu się modrzył i wydrzył.

Dajcie już spokój, nie namawiam nikogo do polityki, ani do podkładania łba a tym bardziej głowy pod topór. Pogadajcie o chmielowym napoju w kolorze szczyny. O jego walorach dla ratowania całości Ojczyzny. Olejcie ich zbrodnicze i zdradliwe zapędy tymi szeptami nawet bez kątów.

Z Bogiem.

Andrzej Marek Hendzel

Źródło: hendzel.pl , 18 sierpnia 2020.

Opublikowano za zgodą Autora.

Wytłuszczenie i podkolorowanie fragmentów tekstu pochodzi od redakcji PCO.

Ilustracja tytułowa: Józef Chełmoński – „Jastrząb. Pogoda.” Fot. za: brailny.pl.


2020.08.19.
Avatar

Autor: Andrzej M. Hendzel