Tak bardzo chcą być święci, że zapominają się uśmiechać


Dwie kwestie stanęły tu ostatnio, dwie szalenie ważne kwestie, od których zależy nie tylko dobre samopoczucie, ale także prosperity całego naszego interesu. Mam wrażenie, że nie zostały one zrozumiane nawet w połowie. Gdyby bowiem tak było, wszyscy opowiadaliby sobie żarty. Tymczasem mamy sytuację inną. Wielu lamentuje, inni oczekują wyjaśnień, a niektórzy są zniesmaczeni.

Zacznę od kolejnego ważnego rozróżnienia, które udało nam się tu w mozole wypreparować. Kolejnego w długim ciągu odkryć, jakie są za nami i jakie na zawsze z nami pozostaną. Owo rozróżnienie dotyczy kaznodziejstwa i czynu. To nie jest jak przypuszczam przypadek, że mamy prawdziwy wysp kaznodziejów, którzy usiłują skupić uwagę absolutnie wszystkich, od starszych pań poczynając na małoletnich kończąc. Nie jest także przypadkiem to, że z tego kaznodziejstwa nic nie wynika. To znaczy ono nie owocuje tak, jak zaowocował kiedyś czyn Maksymiliana Kolbe. Tak a propos, czy ktoś w ogóle słyszał kiedyś jego głos? Czy są jakieś nagrania tego głosu? Gość zmontował radio, prowadził autorskie programy, ale nikt nie zarejestrował jego natchnionego głosu? Dlaczego? Być może on sam nie uznał tego za właściwe, skupiając się na tym co tworzył. Uznał, że nagrywanie swojego głosu mogłoby być uznane za kokieterię. Ja nie wiem tego z całą pewnością, snuję tylko przypuszczenia.

Możecie być za to pewni, że kazania i prelekcje wszystkich współczesnych kaznodziejów, tak świeckich, jak i duchownych, zostaną zarejestrowane i będą przechowywane przez całe lata. Po to, by wreszcie trafić na śmietnik. Kaznodzieja jest z istoty populistą, choćby nie wiem co mówił i na jakie świętości się powoływał. Jeśli nie słowom nie towarzyszy jakiś czyn, one się dewaluują bardzo szybko i zostaje z nich…w zasadzie nic nie zostaje….tyle ile z mądrości umieszczanych w prozie Mroza Remigiusza, albo Bondy. Kaznodziejstwo zaś, szczególnie wędrowne, jest pułapką na prostaczków. I to można udowodnić wskazując tysiączne przykłady z przeszłości. Jest też pewnym modus operandi, który narzuca się bardzo nachalny sposób ludziom, próbującym zmierzyć się ze złem. Kiedy czują, że im nie idzie, albo czegoś w tej walce brakuje, często bywa tak, że zjawia się kaznodzieja i podsuwa gotowe odpowiedzi na najtrudniejsze pytania. I każda jest trafiona.

Podkreślmy więc – czyn, dokonanie, nawet niewielkie, w wymiarze indywidualnym, ma zawsze większe znaczenie niż prelekcja. Większość bowiem kazań wygłaszanych dziś przez kaznodziejów, trudno doprawdy nazwać homiliami.

Teraz kolejna kwestia. Dyskutujemy tu sobie o ironii. O tym, jak jest ważna, potrzebna, albo wręcz konieczna dla ochrony przed złem. I mówimy też o tym, że zło potrafi być mistrzem ironii, a do tego stworzyło pewną tradycję ironicznej polemiki. I to jest tradycja oświeceniowa. Tradycja Woltera, jeśli rzecz uściślimy. To są stare, znane zagrywki, które prowadzą człowieka na manowce, ale ile można się przy tym pośmiać? Ho, ho, tak, tak…Z tej polemicznej mechaniki, którą dawno temu zaproponowało oświecenie, korzystają dziś w zasadzie wszyscy. My zaś patrzymy na to i nie wiemy co powiedzieć, bo niby mamy być święci, ale w tamtych wywołuje to jedynie śmiech. Ktoś może się nawet z tego tytułu zacząć przygotowywać na męczeństwo, ale przecież wiemy, że do męczeństwa jest daleko i ono nie przychodzi nigdy do przygotowanych. A jak ktoś się za dugo przygotowuje i za dużo o tym gada, robi z siebie prostego durnia. I wtedy właśnie następuje moment krytyczny, którego my w żaden sposób nie potrafimy skojarzyć z ironią – pojawia się sojusznik w tej walce ze złem i jest to zawsze kaznodzieja. On zna odpowiedzi, on wie, w jakich diapazonach emocji przyjmować szyderstwo i on poprowadzi za rękę zagubionych. A dokąd? Już tłumaczę – do takiego specjalnego corralu dla bydła rogatego, gdzie w zamkniętej przestrzeni stłoczeni są wszyscy kaznodzieje tego świata, otoczeni przez grupki swoich wyznawców. I my tam także trafimy, a nie dość, że trafimy, to jeszcze będziemy mieli poczucie, że dokonaliśmy słusznego, a także – co o wiele ważniejsze – poważnego wyboru. Przykładów, że tak to właśnie wygląda jest mnóstwo. I nawet jeśli próbujemy się bronić ironią, to jesteśmy ciągle w tej, opisanej wyżej przestrzeni zamkniętej, gdzie nie ma ona niestety żadnej wartości. Wywołuje jedynie dysonanse i powoduje, że kaznodzieje kontrolujący tę zamkniętą przestrzeń mają do ironistów pretensję, że nie zachowują się stosownie. Czy słuszną? Nie, bo to oni są zatrudnieni na etacie pasterzy tego stada i oni pilnują, za pomocą głoszonych treści, głębokiego głosu i „odkrywczych” myśli, paraliżujących czyn, by nikt, ale to nikt nie wydostał się na zewnątrz. Tam zaś zawodowi ironiści, pozostający na etatach w bardzo poważnych i oferujących dobre warunki instytucjach, dwoją się i troją, byśmy nie mogli powiedzieć nic, na co oni nie mieliby już gotowej prześmiewczej, albo głęboko mądrej choć ironicznej odpowiedzi, lub po prostu nie wyrazili zgody.

Musimy wyjść zza tego ogrodzenia, a to oznacza, że musimy kopnąć w dupę kaznodziejów. I w ogóle ich nie słuchać. Nie prowadzą oni nas bowiem do wolności, ani tym bardziej do świętości. To jest złudzenie. Przyjdzie taki dzień, kiedy wszyscy ci ludzie, brodaci i gładko wygoleni, otrzepią pył z szat, zejdą z tych skrzynek po jabłkach i piwie, na których stali, spakują do ceratowych teczek swoje notatki i równo, łamiąc nieco krok, w końcu dawno nie maszerowali pod miarę, opuszczą nasz corral. Zostaniemy sami. I wtedy dopiero okaże się co się stanie, nie będziemy przygotowani na nic, ani na męczeństwo, ani na polemikę, ani na ucieczkę. Będziemy tylko stać i zastanawiać się co z nami zrobią. Chyba nic złego, przecież przez tyle lat uważnie, w skupieniu, z powagą, słuchaliśmy kaznodziejów.

Nie wiem co Wy zrobicie, ale mnie tam z całą pewnością nie będzie, uważam, bowiem, że trzeba przede wszystkim działać i nie wierzyć nikomu, kto nie ma za sobą jakiegokolwiek, minimalnego choćby dorobku, a tym bardziej nie należy słuchać kogoś, kto porzuca czyn dla samego tylko gadania i uważa, że dokonał słusznego wyboru.

Nie zamierzam też pozwolić na to, by ktokolwiek z wielkich ironistów, prześmiewców i sprzedawców memów, kolportowanych przez media, czuł się w mojej obecności swobodnie i bezpiecznie. To jest jedyna, jak sądzę i właściwa droga, dla kogoś, kto wymyślił sobie, że będzie żył z pisania i polemik.

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI, 21 sierpnia 2020 r.

Artykuł opublikowano za zgodą autora.

Ilustracja tytułowa wyb. z sieci wg.pco

*

, 2020.08.21.
Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski