Łachmyctwa prawnictwa / Jantarowa Calisia


Łachmyctwa prawnictwa

Koszalin jest miastem istniejącym długo przed nadaniem mu praw miejskich w 1266 roku. Dla wielu, dla tak zwanej wiedzy historycznej a przede wszystkim dla prawnictwa istnieje on jednak od momentu ulokowania go na prawie niemieckim. Podczas, gdy różne źródła historyczne, a wystarczy się w nie wczytać, bo są powszechnie dostępne, mówią o tym, że gród ten istniał wcześniej.

Lokacja na prawie niemieckim przybiera różne – najczęściej obrzydliwe – oblicza, wykazujące całkowitą nieudolność lokalnych prawników. Zwę ich prawnictwem, bo niewiele mają wspólnego z samodzielnością myślenia i nie widać żadnych szczególnych walorów umysłowych, za które tę grupę ludzi wartałoby pochwalić. Stale obracają się w swym zamkniętym światku udreptanych pojęć, które są wtórne w stosunku do prawa niemieckiego a cóż dopiero do rzymskiego. I w tej kwestii niesamo­dzielnego myślenia nic się nie zmieniło odkąd Niemcy wtargnęli tu ze swoimi barbarzyńskimi pomy­słami i właściwie uniemożliwili samodzielny rozwój prawa w Polsce. Praktycznie wszystkie miasta są przecież założone na prawie niemieckim i to jest w powszechnym mniemaniu uważane za oczywiste.

Wykażę to dowodnie na przykładzie wyjątkowego opieszalstwa Sejmu polskiego w kwestii publikowania – ustanowionych przecież przez siebie – aktów prawnych.

Osiem lat temu dyskutowa­łem namiętnie z pewnym od lisa pochodzącym profesorem przechrztą, który twierdził, że wyjechał po studiach z Polski do Niemiec, bo tu by mu klika nie dała zdobyć ani doktoratu ani profesury. Pewnie tak jest, bo nietwórcze grono raczej nie jest chętne tworzyć sobie konkurencji, gdyż wie jak słabo się stara a do podziału niewiele zostaje. Ów sprzedajny profesor prawa twierdził, że już tam się ponoć dogadał z tymi w Sejmie, którzy prowadzą system publikacji aktów prawnych naszego Ustawodawcy, że będą one dostępne w postaci pliku XML. Nie wiem, po co tak komplikować, ale faktem jest, że XML-e są łatwiejsze do formatowania niż teksty zamknięte w plikach PDF i to zaszy­frowanych – nieudolnie bo nieudolnie – ale jednak zaszyfrowanych. Wyczytanie tekstu z takiego pli­ku byłoby łatwiejsze. Jednak najprościej jest dać treść ustaw i innych aktów w postaci tekstowej. Ła­two wtedy zrobić wyszukiwarkę łańcuchów tekstowych w treści ustaw. I sprawa gotowa. Każdy wej­dzie na stronę Sejmu, by zaczerpnąć prawa prościutko ze źródła. A dotąd nie ma ich nawet w XML.

I właśnie, czy komuś na tym zależy?

Przeszukiwanie zasobów Sejmu jest wysoce upierdliwe i trudne. Nic nie daje żeglowanie po ustawach, bo każdą trzeba otworzyć i ręcznie przeszukać w pro­gramie do edycji plików PDF.

Powstały zatem firmy – wszystkie na kapitale niemieckim – tu właśnie kłania się lokacja miast na prawie niemieckim i tępy zasób umysłowy rodzimego naśladowczego prawnictwa. Polskie – jeśli można użyć tego słowa w stosunku do nich – kancelarie prawne i firmy płacą gigantyczne pieniądze za licencje do programów komputerowych dających pełny dostęp do tych przepisów, które powinny być łatwo dostępne na stronie sejmowej.

Krańcowa nieudolność kan­celarii Sejmu i jej informatyków albo może przekupna usłużność, by niemieckie firmy mogły zarobić na indolencji Sejmu, to obraz naszego prawnictwa. Co prawnictwo zrobiło, by wpłynąć na Ustawo­dawcę, by ten stworzył dobrze działającą wyszukiwarkę aktów prawnych na stronie sejmowej? Na­sze germanofilskie prawnictwo nie zrobiło w tym celu nic, bo owoców nie ma.

I dziwić się potem, że niedouczony prawniczyna Prezydent nie wie, że 1-go maja 2021 roku Polska Ziemia trafi w łapy Niemców, bo nawet gdyby zwyczajnie zapomniał, choć sam podpisywał ustawę prolongującą termin tej zdrady, to zajrzałby sobie do źródła prawa, czyli na stronę sejmową i tam by mu się wyświetliło. A tak może kancelarii Prezydenta nie stać na wykup drogiego programu komputerowego do prawa od Niemców i najpierw musi sprzedać Polską Ziemię Niemcom, by mu dali do niego dostęp.

Jego ciemni koledzy profesorowie, doktorowie i cała rzesza magistrów w tym sędziów, adwo­katów, radców prawnych, notariuszy i wszelkiej maści uprzywilejowanych do wykonywania zawodu prawnika nie umieli zrobić nic, by zaistniał źródłowy system publikacji aktów prawnych na stronie sejmowej, bo ciągle wierzą, że Koszalin istnieje odkąd go Niemcy ulokowali na swoim prawie a nie odkąd go nasi przodkowie Polacy założyli, choć może nawet nie wiedzieli, że są Polakami.

Z Bogiem.

Andrzej Marek Hendzel

Źródło: hendzel.pl , 20 sierpnia 2020.


Jantarowa Calisia

Co ja tu znowu nazmyślam? Wszak wiadomo, że wszystko, co tu napiszę, to ewidentne zmy­ślenia. Bajki, bujdy i łgarstwa. Wszak opieram się na faktach, a te zawsze dają takie wyniki. I tak trudno tu uniknąć osobistego tonu. Stary i znacznie przedniemiecki gród, czyli miasto Calisia, jak pi­sali jego nazwę Rzymianie, istniał z uwagi na Bursztynowy Szlak. I to jedno z wielu świadectw, że miasta w Polsce nie potrzebują się powoływać na wysoce niestosowną lokację na prawie niemiec­kim.

Jak można ulokować coś, co istnieje od wieków. A sam Rzym jak powstał. Liczy się jego po­wstanie tak, jak być powinno, od dnia założenia miasta – a ściślej od dnia zaorania jego granic. A nie tak jak u nas, gdy Szwabisko przyszło i nadało prawa miejskie miastu, które istniało wieki, nagle to miasto zaistniało w świadomości ciemnoty lokalnej – czyli w mózgach legislatorów i wykonawców legislacji. A z tą Calisią sprawa jest dziwna i wyjątkowo smutna. Nie pośmiejesz się, drogi czytelniku, chyba, że spełnimy groźbę w nich zawartą z autorem tych słów: „Historia upadku tego zakładu ma kilka absurdalnych szczegółów, o których można by godzinami gadać i dobrą książkę napisać…”. O upadku tego zakładu opowiadał mi pewien dziennikarz z miasta Calisia, co my jako niedouczone ciemniaki piszemy jako Kalisz, bo wiadomo, co Rzymianin napisał, to święte a my nie umiemy my­śleć, choć sami sobie wymyśliliśmy tę nazwę a Rzymianin tylko ją naśladował swym nieudolnym al­fabetem bez naszej, polskiej diakrytyki. Tak, ale to my jesteśmy ciemni, bo tak chce Europa.

A jaki to upadł zakład? Zakładów w Polsce było dużo. Wiadomo, wszyscy tu się o coś zakła­dają i sławne „Kaktus mi tu na dłoni wyrośnie, jeśli…” – słychać na każdym rogu. Zatem każdy z nas w Polsce to hodowca kaktusów. A przynajmniej połowa – ta gorsza – która przegrała zakład. Nie je­stem mocny z biologii. Mnie bardziej podobają się niektóre chwasty niż rośliny tak zwane ozdobne, które często są chwastami z dalekich krajów. Chwasty mamy swoje własne, tak samo jak nie potrze­bujemy tabunów wiecznie pijanych Ukraińców, którzy najechali Polskę z odwiecznej przyjaźni mię­dzy naszymi krajami, choć było nie było, żadne państwo o nazwie Ukraina nigdy nie istniało dłużej niż kilka lat. Pijaków mamy dosyć swoich własnych. Odbiegamy jednak od tematu tego zakładu. Co to był za zakład i o co? Zakład produkował pianina i fortepiany. Był już prawie legendą. Na koniec został jeden biały fortepian i puste budynki, jak to u nas.

Umiemy niszczyć swój kraj jak nikt inny. W tym pobiliśmy już nawet Ukraińców.

Kto to robił? Kto uprawiał obiecanki cacanki, aby zbałamucić prostych ludzi, którzy znali się na drewnie, mechanizmach i lakierach – z których w ostateczności powstawał sprzęt do uprawiania muzyki? Muzyka to granie, ale zauważmy, że w języku polskim nie ma odpowiednika na słowo in­strument muzyczny. Czyli właściwie dwa słowa. O tym może kiedyś coś napiszę, bo dzisiaj mam mało miejsca na tekst a temat zakładu produkującego fortepiany jakoś się tak rozpadł w gadaninie.

Nie napiszę o firmie produkującej kiedyś sprzęt elektroniczny, wielkim koncernie z Polski, który skarlał do tego stopnia, że sprzedał nazwę tego zakładu od fortepianów Chińczykom. Tak, oczywi­ście, to skutki normalnej globalizacji.

I na koniec dowiemy się, że uratują ten zakład Ukraińcy, któ­rych przywiezie tu jakiś handlarz niewolników i wszyscy legitymujący się w dokumentach w rubry­ce zawód wpisem „traktorzysta”. Fortepiany wyprodukowane w tym nowym – uratowanym – zakła­dzie będą miały wielkie gumowe koła i posłużą do orania tajgi za Uralem.

Już wiecie, jaki związek mają fortepiany z Polską Ziemią?

Niemcy, którzy umieją niszczyć konkurencję, zniszczyli zakład w bardzo przedniemieckiej i nawet przedgermańskiej Calisi, także zie­mię chcą tu zniszczyć, tak samo jak zniszczyli ją u siebie, sypiąc chemię tonami na hektar rocznie. Zatrudnią teraz do tego parobków z Ukrainy, bo od 1-go maja 2021 roku będą mogli nabyć tyle zie­mi, ile ich brak duszy zapragnie. A szczególnie brak słowiańskiej duszy. Usłużne związki zawodowe rolników już przygotowały ustawy o tak zwanym pomocniku rolnika, czyli czytajmy po polsku – pa­robku z Ukrainy – który będzie mógł tu być po ludzku traktowany, bo przecież wredni polscy nacjo­naliści tak źle ich zawsze traktowali. A Niemiec będzie właścicielem Polskiej Ziemi.

Z Bogiem.

Andrzej Marek Hendzel

Źródło: hendzel.pl , 25 sierpnia 2020.


Opublikowano za zgodą Autora.

Wytłuszczenie i podkolorowanie fragmentów tekstu pochodzi od redakcji PCO.

Ilustracja tytułowa: Fortepian Calisia z Fabryki Fortepianów i Pianin w Kaliszu. Fot. za: pl.wikipedia.org / wybór zdjęcia wg.pco.


2020.08.25.
Avatar

Autor: Andrzej M. Hendzel