Środki produkcji w epoce postfeudalnej


Państwo polskie wymagało od swoich obywateli bezinteresownej, synowskiej nabożności, czci podobnej do tej, jaką stworzenie darzy swojego stwórcę. I tak jak Ewangelia, zdawało się im ono mówić: „ten kto nie opuści swojego ojca, matki i dzieci z miłości do mnie, nie jest mnie godzien”. Ale zarazem traktowało te nieszczęsne stworzenia tak, jak nawet lichwiarz nie traktuje swoich klientów – poza jakimś szczególnym przypadkiem, w którym chciwość miesza się z osobistą urazą.

Emanuel Małyński. „Nowa Polska”

Mój kolega namawia mnie ciągle na słuchanie podcastów Roberta Fryczkowskiego, czyli tak zwanego Frycza, który swego czasu prowadził blog w salonie24. Nie zdobył ów blog szalonej popularności, ale wielu się podobał. Ja też tam czasem zaglądałem. Teraz jest o wiele lepiej i pan Robert spełnia się w występach publicznych. Nie chcę powiedzieć, że pisanie szło mu całkiem słabo, ale wszyscy wiemy jak jest – co innego dowcip opowiedzieć, a co innego go opisać.

Obejrzałem dwa podcasty i nie zamierzam tego robić więcej, choć pan Fryczkowski jest człowiekiem zabawnym. Treść jednak, którą uporczywie lansuje zasadza się na pewnym fałszu, któremu zwykle ulegają ludzie przekonani o tym, że wiedza, szczególnie techniczna i ścisła daje nadludzkie moce. Jeśli zaś jest zwielokrotniona, to znaczy jeśli wiedzę posiada naród i ją celowo wykorzystuje, staje się potęgą. To jest miraż, który zahipnotyzował dawno temu całe pokolenia mężczyzn w Polsce i pan Fryczkowski go podtrzymuje. Nie rozumiejąc, że stoi w klatce i przemawia do nas zza krat czekając przy tym, aż ktoś wrzuci do klatki banana.

Szczegóły wyglądają tak: jeśli państwo jest właścicielem złóż i środków produkcji na swoim terenie, szybko może stać się potęgą – to jest założenie podstawowe. Ludzie, którzy ulegli temu mirażowi, nie mogą zrozumieć, jak to jest, że na Suwalszczyźnie są te złoża ziem metali rzadkich, a my ich nie wydobywamy, czekając aż zrobią to masoni z Ameryki. Jak to jest, że pozwoliliśmy zarżnąć przemysł i teraz musimy wszystko kupować gdzie indziej, przecież to nielogiczne i nieekonomiczne. Poza tym są to działania głupie, a mądrzy ludzie, tacy jak Łukaszenka, zachowują się inaczej, albowiem trzymają twardą ręką te środki produkcji, czyli fabryki i linie produkcyjne. I mają wszystko swoje.

Postaram się być delikatny, żeby te setki mężczyzn z wykształceniem technicznym, z dobrze umeblowaną głową i warsztatem pojęć niedostępnym takim ludziom jak ja, nie poczuły się dotknięte.

Proszę Państwa, jest dokładnie odwrotnie niż to utrzymuje pan Fryczkowski. Jeśli ktoś gromadzi w swoim ręku środki produkcji, a nie ma za plecami rynku, który ową produkcję odbierze na preferencyjnych w dodatku warunkach, ten kręci powróz na własną szyję. Jeśli ktoś nawet ma taki rynek, a jego zarządca wydaje się być satrapą i faraonem, łatwo może się okazać, że rynek ten nie odbierze jego produkcji. Wystarczy, że zagrają jakieś czynniki, określane umowną nazwą „inne”.

Utrzymywanie zaś środków produkcji po to, by sprzedawać produkcję na własnym, wewnętrznym rynku, to idiotyzm prowadzący do zapaści gospodarczej. Sprzedaż to w istocie przymus. I jeśli ktoś coś produkuje musi mieć narzędzia przymusu, żeby to upłynnić. Ludziom naiwnym zaś, udającym bystrzaków i spryciarzy, wydaje się, że wystarczy obniżyć cenę i podnieść jakość, a reszta zrobi się sama.

Ludzie ci,  – nie wszyscy, ale wielu – uważają także, że gospodarka to jest obszar oddalony od polityki. Otóż nie, to nie są nawet naczynia połączone, gospodarka i polityka to po prostu dwie nazwy tego samego zjawiska. To tyle, jeśli idzie o omówienie tego dziwnego złudzenia w kategoriach dostępnych umysłowi powierzchownemu.

Teraz zejdźmy trochę głębiej.

Ludzie lansujący tezę o państwowej własności środków produkcji, nie zastanawiają się czym jest w istocie państwo dla emitentów pieniądza i nie zastanawiają się czym jest rewolucja. Państwo postrzegają oni jako najważniejszy i trwały byt polityczny. Nie pamiętając zupełnie o tym, że są na świecie organizacje, które istniały zanim pojawiło się niepodległe państwo polskie, że o niepodległej Białorusi nie wspomnę. I członkowie tych organizacji, delikatnie mówiąc, mają do tych tworów stosunek lekceważący.

Przypomnę – tak zwane niepodległe państwa to sposób przerzucania kosztów wojny na obywateli zatrudnionych w gospodarce, która bynajmniej do państwa nie należy. I należeć nie może. To zaś, co ludzie naiwni uważają za sukces gospodarczy widziany poprzez upaństwowienie, albo gorzej – unarodowienie środków produkcji – jest w istocie dzierżawą tej produkcji, wykupioną na bardzo niekorzystnych warunkach przez organizacje wyłonione w trakcie rewolucji.

Te niekorzystne warunki dotyczą rzecz jasna pracowników zatrudnionych w zakładach państwowych, którym wmawia się, że są ich współwłaścicielami, nie zaś zarządzających nimi gangsterów. Ci pracownicy są w istocie niewolnikami, ale nikt im tego nie mówi. Trwałość złudzenia zapewniają tak zwane znośne warunki życia. I opisywaniu tych właśnie znośnych warunków życia, poświęcają swój czas ludzie ekscytujący się wypadkami na Białorusi.

Proszę Państwa, myślicie o tych sprawach w złej perspektywie. Mechanizm istotny można i trzeba opisać w szerszych nieco interwałach czasowych.

Oto rewolucja, która wybucha wskutek interwencji banków w gospodarkę, kraju, który wkroczył na drogę dynamicznego rozwoju. W wyniku tej rewolucji, która teoretycznie nie mogła się udać, a jednak się udała, władzę przejmuje gang. Ten gang uprawia propagandę państwową, skonstruowaną w taki sposób, żeby każdy człowiek będący poza gangiem wierzył, że jest podmiotem w polityce państwa. Propaganda owa jest wymierzona w starą hierarchię, która kojarzy się ludowi z opresją. Praktyka polityczna jest w rzeczywistości całkiem inna i wszyscy ludzie traktowani są jak zasób – tępy i bezwolny.

Ten gang także ulga pewnemu złudzeniu. Na zebraniu egzekutywy, wstaje pewnego dnia największy spryciarz i cynik i mówi – towarzysze, powiedzmy sobie wprost, to nie państwo jest właścicielem środków produkcji, ale my – partia. Cześć osób obserwuje go spode łba, ale część kiwa głowami, przyznając mu rację. No i kiedy ta racja już zostaje przyznana ludzie ci popełniają największy błąd – zaczynają o tę swoja własność dbać. Bo wydaje im się, że to jest ich i taka jest w dodatku konieczność dziejowa. Zapominają, że chwilę wcześniej, sami to wszystko ukradli, bo zdaje im się, że 70 czy 100 lat, to wystarczający okres by mówić o dziedziczeniu i tradycji.

Otóż nie. Bardzo szybko, jak tylko zostanie to zauważone, ktoś tym ludziom wyjaśni, że nie są właścicielami. Są dzierżawcami krótkoterminowymi. I ostatnia rzecz jakiej się od nich wymaga, to sentyment związany z poprawianiem jakości i konkurencyjności rynkowej.

Powtórzmy – państwo nie jest właścicielem środków produkcji. Kto jest tym właścicielem, to się dopiero okaże, państwo nie jest nawet ich dzierżawcą. Bo tym jest wyłoniony w wyniku rewolucji gang, który uzurpuje sobie prawo do reprezentowania państwa i traktuje to państwo instrumentalnie.

Jeśli zaś się już opamiętał, to zaczyna kokietować obywateli, tak zwanymi „znośnymi warunkami życia”. Wtedy nadchodzi koniec. I on jest czasem nawet zapowiedziany, ale nie zmienia to niczego w optyce gangsterów, którzy do końca myślą, że są właścicielami.

Kwestia trzecia – czy w ogóle nie było żadnych właścicieli środków produkcji? No byli, ale zostali zmieceni przez rewolucję, która okłamała wszystkich, że niesie ze sobą wolność. Ludzie wychowani w epoce postrewolucyjnej nie biorą pod uwagę ich istnienia, albowiem wierzą w to, że państwo to oni i do nich, jako do kolektywu, należeć powinny środki produkcji. Reszta zaś to przeszłość, do której nie ma potrzeby wracać.

Otóż spieszę donieść, że za chwilę wszyscy będziemy przeszłością, do której nie będzie potrzeby wracać.

Rodzi się więc pytanie – jak ma przetrwać tradycja, do której jesteśmy przywiązani i czy owa własność środków produkcji, a także złóż, leżących na terenie, który zamieszkujemy, może nam w tym pomóc?

Moim zdaniem nie. I piszę to otwarcie. Już lepsza jest owa tylekroć wyszydzana piosenka i chorągiewka.

Tradycja trwa dlatego, że podtrzymująca ją organizacja jest spójna i nie upiera się przy kontrolowaniu środków, produkcji, przeciwnie, chętnie je dzierżawi na korzystnych warunkach, albowiem oddając je w dzierżawę wysyła komunikat iż jest ich właścicielem. Organizacja stojąca na straży tradycji lokalnej musi za to, na ile to możliwe, stosując wszystkie dostępne środki, starać się kontrolować dystrybucję. Jeśli zaś idzie o środki produkcji, wystarczy, że zostawi sobie dwie kluczowe branże.

Wielka Brytania, bez wątpienia istnieje i prowadzi samodzielną politykę. Nie jestem jednak przekonany, czy fabryki znajdujące się na wyspie, jeśli takie w ogóle są, należą do Korony czy w ogóle do Brytyjczyków. Polityka brytyjska prowadzona jest zaś według wytycznych, które wskazano nie w czasie rewolucji protestanckiej, czy później. Zasady tej polityki narodziły się dawno, dawno temu, w czasach mrocznego feudalizmu, a ich ojcem jest król Henryk II Plantagenet.

O takich sprawach ludzi upominający się o własność środków produkcji nawet nie myślą. Powód jest prosty – oni nie myślą bowiem o panowaniu i organizowaniu życia innym. Ich celem jest praca przy taśmie, albo w laboratorium, na stanowisku, które docenia każdy inteligentny człowiek kończący politechnikę i rozumiejący czym jest postęp, a także, zafascynowany technologią. W praktyce oznacza to, że ludzie ci, z uśmiechem na ustach domagają się by ich skuto i sprzedano w niewolę. Kiedy zaś nikt nie jest tym zainteresowany, lamentują i domagają się, by ktoś wreszcie skupił na nich uwagę. I kiedy to się wreszcie stanie, kiedy ich wloką w kajdanach na targ, skaczą do góry z radości, śmieją się i są szczęśliwi, albowiem za chwilę staną się współwłaścicielami środków produkcji.

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI, 23 sierpnia 2020 r.

Artykuł opublikowano za zgodą autora.

Podkolorowanie i wytłuszczenie pochodzi od redakcji PCO.

Ilustracja tytułowa za: wojskopolskie.pl / wyb. z sieci wg.pco

Przeczytaj więcej tekstów Gabriela Maciejewskiego na naszym portalu > . > TUTAJ.

*

, 2020.08.26.
Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski