Koniec romantycznej iluzji


W krótkim tekście „Ta orkiestra będzie grała do końca” zasygnalizowałem niezwykle dla narodu polskiego problem: załamanie się romantycznego przekonania o dobrej kondycji Polaków. Problem jest istotny, ponieważ zmusza do ponownego przemyślenia stanu polskiego społeczeństwa. Jest bowiem zdecydowanie  gorzej, niż się spodziewaliśmy.  

W istocie rzeczy, od dawna brakowało silnych argumentów, które uzasadniałyby  aktywne zaangażowanie na rzecz odrodzenia narodowego, co jest zagadnieniem szczególnie wymagającym przemyślenia. Zawsze piętrzyły się trudności, ograniczające warunki zaangażowania. A może chodzi o coś więcej? Najchętniej polskie środowiska patriotyczne uciekały się do romantycznego przekonania, popularnego w wersji mickiewiczowskiej i jej podobnych:

… Nasz naród jak lawa,
Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa,
Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi;
Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi.

Nie będę szerzej interpretować wszystkim znanego fragmentu „Dziadów”.  Całość jest mocno zakotwiczona w ówczesnych realiach, co Mickiewicz wyraźnie zastrzega. Jest to przede wszystkim niezwykle trafny i przejmujący obraz ówczesnej sytuacji historycznej, lecz należy zauważyć:  zawarta w przytoczonym fragmencie krytyka  dotyczy „politycznego przywództwa” , a nie narodu.  ( Otóż to jacy stoją na narodu czele. – Powiedz raczej na wierzchu”). Jest to zatem krytyka tych, którzy wówczas przypisywali sobie polityczne przywództwo, odznaczające się zimnym,  twardym, moskiewskim podejściem do społeczeństwa. Są określeni jednoznacznie mianem „plugastwa”, co najłatwiej przetłumaczyć na obrzydzenie i potępienie. Społeczeństwo natomiast było gorące, czyli patriotyczne i narodowe.

Już na podstawie tych ostrożnych komentarzy wyraźnie widać, że wyrwanie przytoczonego fragmentu „Dziadów” z historycznego kontekstu jest płytkie. Czasy się zmieniają, więc jeżeli brakuje woli, rzetelnego wysiłku, odporności , a także egzystencjalnych (finansowych, organizacyjnych, kadrowych, etc. ) warunków studiowania tych zmian, pozostaje mizeria: posługiwanie się iluzjami pozbawionymi  związku z dniem dzisiejszym. W końcu musi to prowadzić do głębokiego rozczarowania i zniechęcenia. Tak się właśnie stało.

Nadzieja, że polskie społeczeństwo „wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi” nie może być podstawą patriotyzmu i realizacji dążeń narodowych. Słowa Mickiewicza dotyczą zaledwie niewielkiego, lecz pouczającego fragmentu historii Polski (genialnie opisanego). Nie może to w żadnym przypadku być substytutem analizy dalszych przeobrażeń społecznych  i ekonomicznych. To na nas spoczywa obowiązek przedstawienia przekonywującego uzasadnienia, dlaczego niepodległa Polska jest obecnie potrzebna, komu i dlaczego jest potrzebna oraz, jakie są konsekwencje lekceważenia tej potrzeby. Takiego  uzasadnienia nie ma; widoczne są natomiast powierzchowne reminiscencje historyczne.

Tutaj skupiam uwagę na wyjaśnieniu, że problem współczesnej kondycji Polaków jest niezwykle istotny. Nie chodzi tylko o to, że na płonnych nadziejach niczego zbudować nie można; że romantyczne przekonania Mickiewicza dotyczyły ówczesnego narodu szlacheckiego, który zdecydowanie różni się od dzisiejszego społeczeństwa polskiego. Chodzi o brutalną prawdę: dzisiejsze polskie społeczeństwo nie dba o przyszłość  Polski.

Przyszłość Polski nie należy do władzy politycznej, chociaż wielu politykom przychodzi do głowy chora myśl, że mają prawo dysponować i zarządzać przyszłością. Przyszłość Polski nie należy do nas, więc nie powinnyśmy jej wykorzystywać dla własnych, doraźnych potrzeb. Przyszłość Polski należy do naszych dzieci. Świadomość tego podstawowego faktu oznacza, że mamy niezbywalne obowiązki zapewnienia naszym dzieciom przyszłości.      

Nie twierdzę, że polskie społeczeństwo cechuje skłonność do samobójstwa: to, co się dzieje, ma inny charakter. Nie jestem także przekonany, że pułapka została ostatecznie zatrzaśnięta (chociaż takie wrażenie wielu ludzi dodatkowo paraliżuje).

Twierdzę natomiast, że kończy się pewien etap historyczny, w którym możliwa była skuteczna wiktymizacja polskiego społeczeństwa.  O tym, jak moim zdaniem sprawy potoczą się dalej, napiszę wkrótce. Z góry muszę zastrzec, że koszty odzyskania przyszłości Polski będą olbrzymie.

Ktoś, kto oczekuje, że ponad  osiemdziesięcioletnie niszczenie życia narodowego można zrekompensować w ciągu kilku lat, jest osobą bardzo naiwną. Ten, kto sądzi, że można łatwo przebrnąć przez globalny kryzys ekonomiczny, nie ponosząc poważnych kosztów i unikając konsekwencji – dzisiaj już widocznych gołym okiem –  słabości geopolitycznych, sam sobie kopie grób.       

Zdobywanie doświadczenia jest bardzo kosztowne, zwłaszcza jeśli nie korzysta się z doświadczenia historycznego albo nie potrafi się wydobyć jego praktycznego znaczenia. A do pokonania są przecież – prawie nie ruszone – zapiekłe skażenia ideologiczne (marksistowskie i neoliberalne) oraz kilkudziesięcioletnie zaległości w zrozumieniu, czym jest doświadczenie historyczne narodu.

Światełka optymizmu zostawiam na później. Jedno warto już teraz zapalić: narody upadają, lecz najczęściej  potrafią wydźwignąć się z upadku. Niewiele to, ale na początek wystarczy.

                                                            ***

Bez odpowiedzi pozostaje pytanie, dlaczego społeczeństwo polskie przeistoczyło się w masę bezkrytyczną wobec istniejących zagrożeń, oszustw politycznych oraz kontynuowanej w III RP działalności antynarodowej? Dlaczego spadło na żenująco niski poziom świadomości narodowej? Dlaczego okazuje się tak potulne?

Wszystkie te pytania są źle postawione. Czynnikiem, któremu należy się pierwsze miejsce nie jest brak krytycyzmu, niska świadomość społeczna i tchórzliwa uległość, lecz głęboka niechęć do – topniejącej –  warstwy ludzi o przeciwnym nastawieniu. Ludzie ci są najczęściej odbierani przez otoczenie jako zagrożenie dla „świętego spokoju” i bezpardonowo zwalczani. Nawet z  wykorzystaniem najbardziej podłych praktyk politycznych, w tym oszukańczych i przestępczych. Alarmujących sygnałów było wiele, ale przechodziły bez echa. Wspomniana niechęć cechuje nie tylko warstwy rządzące, lecz również przeważającą część społeczeństwa. Przeradza się w ukrywaną, a czasem jawną wrogość. To jest problem kluczowy, bez którego rozważania nad kondycją polskiego społeczeństwa zawsze będą miękkie.

Wyjaśnienie istniejącego stanu rzeczy nie daje się sprowadzić do konsekwencji dyskryminowania i niszczenia elit narodowych w latach komunizmu. To trwa dalej, a nawet przyjmuje „innowacyjne” formy.

Dlatego nasze pytania dotyczą dwóch kwestii.

Pierwsze, jakim przymiotnikiem ocenić ten negatywny i agresywny stosunek do ludzi prawych, którzy wyłamują się z owczego pędu?

Drugie, jakim przymiotnikiem określić aspołeczne zachowania pokaźnego odłamu społeczeństwa?

To również, niestety, są pytania źle postawione. Nie chodzi bowiem o opiniowanie destrukcyjnych postaw oraz bardziej wyraziste określenie negatywnych zachowań społecznych. W taki sposób bowiem  pod pozorem troski o życie narodowe uderza się w zachowania, a oszczędza się ludzi, którzy zasługują na naganę, a wielu na potępienie i ukaranie. Stworzono granicę, której nie wolno przekroczyć.

Nie wolno OCENIAĆ konkretnych ludzi. To ważne zagadnienie wykracza poza  główny tok naszego rozumowania, ale 

przypisywanie ad hoc godności ludziom, którzy wyzbyli się ludzkiej godności, aby zauważać wyłącznie ich pozytywne cechy, stwarza intelektualne i religijne bagno.

Doświadczenie historyczne wyraźnie podpowiada, że  w polskiej (i nie tylko) historii czynni są budzący odrazę nikczemnicy, ludzie ze wszech miar plugawi.

Czy komuś w poprzednich wiekach mogło przyjść do głowy, by nikczemność oddzielać od nikczemników, a z abstrakcyjnej nikczemności  sporządzać tarczę strzelniczą?

Jacy to wojownicy!

Tutaj nie chodzi  o bierność znacznej części polskiego społeczeństwa ( jakie to miłe i łagodne podejście!), lecz o szkodliwą i niebezpieczną dla narodu aktywność ludzi nikczemnych, bezwzględnie zasługujących na potępienie, a także o tych, którzy ich wspierają i tolerują (ci są jeszcze bardziej szkodliwi, gdyż otwierają drzwi pierwszym). Przecież jest oczywiste, że krytyka nikczemności i plugastwa nikogo nie ruszy. W naturze ludzi nikczemnych i plugawych leży bowiem, że tej krytyki nie biorą do serca.

Nawiązując do romantycznego przekonania o kondycji Polaków, należałoby zatem dzisiaj postrzegać zmniejszenie zasobów „wewnętrznego ognia”, jak i  zwiększenie zasobów zastygłej lawy. Wtedy można spokojnie zastanowić się nad znaczeniem przymiotników określających nędzę duchową konkretnych ludzi (lecz nie abstrakcyjnego zła) : cynizm (zimność), bezduszność i bezwzględność (twardość), jałowość i bezproduktywność (suchość).Ten arsenał krytycznych opinii jest dzisiaj wypełniony aż do sufitu. Czy ktoś chciałby w tej sprawie polemizować?

Pozostaje wyjaśnienie najbardziej nieprzyjemnej (dla wielu zapewne  także kontrowersyjnej) sprawy: kim są współcześnie ludzie niegodziwi i plugawi?.

 Zachowania budzące odrazę są obecnie bardzo dobrze widoczne, ale niestety często cieszące się popularnością tłumu.

Występy ludzi jawnie demonstrujących antykulturę, w tym posłów Sejmu RP, funkcjonariuszy urzędów państwowych, pracowników mediów i reklamy, nauczycieli akademickich, uczestników „marszów równości”,  internautów i wielu innych, zdominowały życie publiczne w Polsce.

Może  komuś wydawać się, jest to jedynie demonstracja osobistego braku kultury, ale kryje się za tym znacznie poważniejszy problem. To długotrwały proces odrzucania i niszczenia – na różne sposoby – najbardziej wartościowych doświadczeń historycznych narodu polskiego. I konkretnych ludzi, którzy przywiązują wagę do tych doświadczeń.

Należy bardziej uważać na  działalność konkretnych ludzi, którym należy wystawić świadectwo ludzi niegodziwych i plugawych.  

Proszę wstrzymać emocje, dopóki rzeczy nie wyjaśnię do końca.

Prof. dr hab. Artur Śliwiński

Opublikowane za zgodą autora.

Podkolorowania i wytłuszczenia w tekście pochodzą od redakcji PCO.


Artykuły prof. Artura Śliwińskiego na naszym portalu >   >   >   TUTAJ .

Zdjęcie tytułowe: Prof. dr hab. Artur Śliwiński. Fot. za: radiomaryja.pl/ wybór wg.pco

2020.09.08.
Artur Śliwiński

Autor: Artur Śliwiński