Wot tiechnika


Przypomniał mi się wczoraj stary żart. Oto dwóch Rosjan jedzie w pociągu, stoją sobie na końcu wagonu, koło tego łącznika, z którego zawsze dobiega największy hałas, stoją i palą w milczeniu. I po dłuższej chwili jeden pyta – po rosyjsku rzecz jasna, ale ja nie będę kaleczył języka – dokąd jedziesz? Na co drugi – z Moskwy do Nowosybirska. No i dalej palą i milczą. Po półgodzinie drugi zadaje to samo pytanie – a ty dokąd jedziesz? Na co tamten – z Nowosybirska do Moskwy. Zapada cisza, bynajmniej nie krępująca, a po chwili ten pierwszy mówi – wot tiechnika.

Żart ten przypomniał mi się oczywiście w chwili kiedy usłyszałem, że aresztowano mecenasa Giertycha, przewieziono go do jego domu w Józefowie pod Warszawą, by ten dom w jego obecności przeszukać. No i kiedy wszyscy byli już na miejscu mecenas Giertych stracił przytomność i zamiast do prokuratury w Poznaniu, pojechał na oddział intensywnej terapii medycznej. I cóż tu rzec? Wot tiechnika. Ja bym tak nie potrafił i muszę przyznać, że mecenas zaimponował mi bardzo.

Żeby się nie denerwować nie czytałem profilaktycznie żadnych newsów dotyczących tego zatrzymania, nie interesowały mnie też opinie dyżurnych mełamedów, na temat przyczyn i konsekwencji tego wydarzenia. Uważam bowiem, że nie ma sensu wygłaszać na razie żadnych opinii. Jedno, w mojej ocenie wydaje się dziś pewne. Zatrzymanie to stanie się podstawą zawiązywania tak egzotycznych sojuszy politycznych, że koalicja PiS z Samoobroną i samym mecenasem Giertychem, z Marcinkiewiczem na czele rządu, wyda się wszystkim wydarzeniem porównywalnym z Unią Lubelską i układem w Krewie naraz. Czekajmy w spokoju, przetrzyjmy okulary, jeśli ktoś je nosi, i nie dziwmy się niczemu.

Jeśli ktoś chce może oczywiście pisać na ten temat co mu tam się zdaje i ekscytować się owym aresztowaniem ile dusza zapragnie. Ja nie mam zamiaru. Opowiem o czymś innym, to także dotyczy kwestii technicznych. Wczoraj bardzo się zdenerwowałem konferencją premiera i postanowiłem obejrzeć jakiś film na Netflixie. Wybrałem dwie polskie produkcje, jedna nosiła tytuł Obława, a druga Czarny mercedes. Od razu powiem, że nie radzę nikomu oglądać tego po kolei, albowiem występują tam ci sami aktorzy i ludziom nie przyzwyczajonym, albo mającym kłopoty z koncentracją uwagi, wszystko się, pardon, popieprzy i mogą stracić przytomność, jak mecenas Giertych w Józefowie.

Uwaga zaczynam. Rzecz dotyczy sztuki i techniki filmowej. W filmie Obława akcja zaczyna się od środka, to znaczy od zlikwidowania żołnierza SS, pochodzącego z Bytomia i znającego się na sporcie. Dorociński, który ma go zabić omawia z nim jakieś mecze prowadząc go w ustronne miejsce, ale tamten w końcu odmawia dalszej wędrówki i Dorociński musi go zastrzelić tak, jak tamten stoi. Wszystko dzieje się w bezlistnym przedwiosennym lesie, gdzieś w górach. To co widzimy, to tak zwane zgrupowanie partyzanckie, rozlokowane w szopach bez ogrzewania, w niewielkiej, co możemy zgadnąć łatwo, odległości od miasta, gdzie jest pełno Niemców. Dowódca zgrupowania ma gruźlicę, ale o tym dowiadujemy się później. Akcja pocięta jest, jak w filmach Tarantino, puszczanych w kinach w połowie lat dziewięćdziesiątych, co uchodziło wtedy za szczyt możliwości narracyjnych reżysera. Dziś każdy to potrafi i każdy tak robi, ale nikt nie wie po co. Po tym zgrupowaniu kręci się córka ministra Rosatiego, owinięta w jakieś szmaty i udaje sanitariuszkę. Widzimy ją w chwili kiedy esesman z Bytomia jeszcze żyje i siedzi w dziwnej, zrobionej z drągów klatce, z której wyszedłbym ja bez najmniejszego trudu, a co dopiero wyszkolony niemiecki żołnierz. Córka ministra podchodzi doń i mówi, że szuka kontaktu z agentem gestapo. No a potem przenosimy się do miasteczka i widzimy jak Dorociński idzie do młyna, gdzie odnajduje młodego Stuhra. Ten wygląda dobrze, jest odżywiony i zadowolony z siebie. Potem okazuje się, że to on jest tym konfidentem, ale sztuka jest tak wielka, że nijak nie możemy się domyślić, jak rozstrzelany esesman skontaktował córkę ministra z synem najwybitniejszego polskiego aktora doby obecnej. Skąd szeregowy w ogóle wiedział, kim jest najważniejszy agent gestapo w regionie? Tego reżyser nie wyjaśnia. Film jest stary i żyje jeszcze aktor Nowak, którego pamiętamy z serialu Polskie drogi. Przychodzi on do dowódcy gruźlika i wręcza mu zdjęcie młodego Stuhra z miną taką, jaką miało to ABW, co aresztowało mecenasa G. Potem zaś pokazują rozkład pożycia małżeńskiego młodego Stuhra. To w zasadzie jest najciekawsze, ale nie zaczyna się od początku, tylko od końca, jak u Tarantino. Okazuje się, że Dorociński przyszedł do Stuhra, żeby go zabić, ale okazuje się też, że oni się znają ze szkoły. Wot tiechnika! I jeden był dobry z matematyki a drugi z polskiego i historii. Siedzą, piją i opowiadają sobie kawały, a przy nich milcząca i potulna żona konfidenta. Na podwórzu zaś parobek rąbie drzewo. Ten parobek jest ważny, bo kiedy żona Stuhra wyciąga z nogawki oficerek męża parabellum i wrzuca do studni, parobek dostaje wyraźny znak, że ona Stuhra nie kocha i chce, żeby Dorociński go zabił. Ów gest, otwiera przed parobkiem niesamowite możliwości, jeśli idzie o tak zwaną realizację pragnień najskrytszych.

Po libacji, nad ranem Stuhr stwierdziwszy, że nie ma pistoletu w bucie idzie posłusznie w las z Dorocińskim. Wszystko dzieje się, jakby to rzec, wkoło. Niemcy, zgrupowanie, miasteczko, młyn, ludzie sobie wrodzy i zaprzyjaźnieni, siedzą na kupie i wymyślają, jak tu utrudnić sobie życie i pozabijać się tak, żeby jeszcze trzeba było się przy tym nachodzić. Idą w ten las, idą, aż nagle Stuhr zaczyna uciekać, tak jakby nie mógł uciec w mieście, wprost na posterunek Kripo. Leci na łeb na szyje i nagle się wywraca, wali łbem w bukowy pień i umiera. Wot tiechnika.

Potem zaś zilustrowana jest jego nieodwzajemniona miłość do żony. Chodzi o to, że Stuhr kocha żonę, ale ona z nim nie sypia, albowiem jest córką przedwojennego oficera, którego gra facet zwykle grający za komuny inżynierów. Ta żona odmawia Stuhhrowi uporczywie, a on musi się, pardon, masturbować, używając do tego celu wyświechtanych karty z gołymi babami i portretu żony w ramce. To jest, przyznam, bardzo wyszukane i niezwykłe widowisko. Wot tiechnika.

Stuhr jest martwy, wcześniej oddawał się grzechowi Onana i to dwa razy wszystko pokazali, jakby chcieli udzielać widzowi instrukcji, a nagle pokazują go żywego, jak negocjuje z córką ministra Rosatiego. Okazuje się, że córka ministra ma siostrę, a ona została aresztowana przez Niemców. No i córka ministra chce wydać całe zgrupowanie Niemcom w zamian za uwolnienie tej siostry. Stuhr oczywiście się godzi, ale uważa, że córka ministra powinna najpierw oddać mu ciało swe. Tak według reżysera wygląda technologia kapowania i wymuszania gratyfikacji za ten czyn. Technika taka. I jeszcze jedno – Stuhr nie idzie po prostu na policję i nie mówi oficerowi – ta tutaj, da wam wszystkim i jeszcze wyda gestapo partyzantów, ale musicie wypuścić jej siostrę. On idzie do kościoła, gdzie jest konfesjonał, w środku siedzi przebrany za księdza wysoki, niemiecki oficer i w czasie rzekomej spowiedzi przyjmuje meldunki. Jeśli słyszy coś ciekawego, spotyka się z donosicielem w zakrystii. Mamy kolejność taką – Stuhr każe się rozebrać aktorce Rosati, ale kiedy ona już to czyni, stwierdza, że już lepsze są chyba te karty i portret żony. Bardzo, zaznaczam, niewielki. Prowadzi ją jednak do tego Niemca, co siedzi w konfesjonale i ona tam dostaje od jakiejś baby garść tabletek, które ma wrzucić do kotła obsługiwanego przez kucharza tych partyzantów. Potem, jak oni pozasypiają – mówi ta Niemka – samoloty zrzucą desant i on ich wykończy. To jest doprawdy niezwykłe. Żeby uwolnić z rąk gestapo nieletnią siostrę aktorka Rosati, musi rozczarować swym ciałem Stuhra, wytruć partyzantów, którzy następnie zostaną zlikwidowani przez Niemców spadających na spadochronach, z samolotów, które wystartowały skąd? Z Krakowa zapewne, albo z Rzeszowa, bo to taka okolica, a przecież Dorociński wybrał się do miasteczka w celu zabicia Stuhra, piechotą przez las i jak tam widziałem, to nie wyglądał wcale na zmęczonego. Aha, ważna rzecz, w zgrupowaniu partyzantów jest kucharz, który suszy sromotniki, bo mówi, że jak wyschną, to nadają się do jedzenia. Kucharza gra facet, co zwykle gra krasnoludki, albo nawiedzonych. Wot tiechnika.

Tak więc Stuhr nie żyje, a jednak żyje, bo polska sztuka filmowa nie wypadła sroce spod ogona i każdego potrafi naśladować, każdego, nawet Tarantino. Aktorka Rosati truje partyzantów, a oni umierają akurat wtedy, kiedy Dorociński wraca do zgrupowania po tym, jak Stuhr zabił się uderzając głową o pieniek. Byłbym zapomniał, Dorociński, wbrew rozkazom dowódcy, podwala się do sanitariuszki Rosati, ale ona zdaje się jest jeszcze dziewicą i nie reaguje na jego sygnały. Tak to przynajmniej wyglądało, kiedy rozmawiała ze Stuhrem. Na koniec po lesie zaczynają kręcić się Niemcy, ale Dorociński ich wszystkich likwiduje nożem, ale nagle pojawia się Waldek z serialu o Kiepskich i prowadzi jeszcze dwóch. Skądsiś bierze się też aktorka Rosati, którą Waldek rozpoznaje jako zdrajczynię. W międzyczasie też okazuje się, że tą siostrę, o którą chodzi w całym tym filmie to wydał właśnie Stuhr, nie kto inny, a potem w zamian za cnotę i wydanie zgrupowania, obiecał ją uwolnić. Jednemu Niemcowi Dorociński obcina łeb i wrzuca do kotła, gdzie były też sromotniki. Potem każe Rosatii nakarmić tym Niemców, co to ich przyprowadził Waldek. No i każe im iść w diabły, razem z Waldkiem. Zostaje sam z Rosati, ale ją także odsyła do domu i zajmuje się pochówkiem całego zgrupowania, bo co to w końcu jest dla takiego gieroja jak on. Kiedy kończy w tle słychać nadjeżdżające niemieckie motocykle. Dorociński siedzi bez koszuli nad mogiłą, choć jest zima i pali papierosa. Koniec.

Jeśli chcecie wiedzieć kto za to zapłacił, już wyjaśniam – samorząd województwa małopolskiego. Albowiem filmu i seriale kręci się dziś po to, by haratać budżety samorządów. A co tam się w tych filmach pokazuje jest sprawą drugorzędną, ale pozory sztuki muszą być zachowane, a więc nie można wszystkiego opowiedzieć tak, jak to szło zawsze w bajce o kreciku czy Żwirku i Muchomorku. Poza tym wybitni aktorzy muszą z czego żyć. Obstawiam, że największą gażę dostał Stuhr bo dwa razy onanizował się na wizji, a raz jeszcze markował całkiem nieudany stosunek płciowy z żoną. Aż się przy tym spocił.

Powiem Wam, że to co zobaczymy w czasie procesu mecenasa Giertycha i w sejmie, który stanie się dla tego procesu tłem, będzie jeszcze lepsze. I jeśli ktoś sądzi, że nie ustawią kotła z odrąbanym łbem niemieckiego żołnierza w środku, ten niestety cierpi na niedostatki wyobraźni. Sromotniki też będą.

No, a teraz już drugi film – Czarny mercedes. Ten co był gruźlikiem i dowódcą zgrupowania partyzantów jest teraz nadkomisarzem granatowej policji. Żona Stuhra jest sekretarką Żmijewskiego, który gra adwokata o niemieckim nazwisku, choć jest Polakiem. No i zajmuje się wystawianiem fałszywych papierów żydom z getta. Ten co był kucharzem i suszył sromotniki nosi te papiery do getta. Żmijewski zaprzyjaźnia się z jednookim niemieckim oficerem, który okazuje się być hrabią, gdzieś spod Drezna – bardzo subtelnym estetą i erudytą. No, ale nie od tego się zaczyna. Najpierw widzimy buty, męskie i damskie, dworzec, a potem pociąg. W pociągu gazeciarz strzela do kobiety, co to jej buty widzieliśmy, a do gazeciarza z kolei z okna pociągu strzela jakiś |Niemiec. Potem mamy salę wykładową, gdzie Żmijewski robi klasówkę studentom ekonomi. Jedna, taka brunetka, kończy wcześniej i oddaje pracę Żmijewskiemu, a on ocenia ją na 5+. Rozmawia z nią jeszcze i okazuje się, że ona jest z Londynu. Potem mamy stosunek płciowy tej pani, ale nie ze Żmijewskim tylko z innym studentem, który był wcześniej tym gazeciarzem na dworcu, co zastrzelił kobietę w przedziale. No i ta pani głośno woła – I’m comming, z akcentem gdzieś spod Otwocka, co ma oznaczać, że jest taką Angielką, jak co najmniej żona księcia Harry’ego.

Potem jest wojna, którą reżyser Majewski – to film nakręcony na podstawie jego powieści – pokazuje w ten sposób, że rzuca na bruk niemieckie książki, między innymi Goethego i one się palą, a w tle wyje syrena. No, a później mamy ten cały cyrk, ze sromotnikami, to jest chciałem rzec, z dokumentami dla żydów z getta i jednookim oficerem, czyli dobrym Niemcem. Następnie zaś okazuje się, że ta studentka jest w czasie okupacji żoną Żmijewskiego, a w tle pałęta się jeszcze służąca Cesia, osoba istotna dla całej fabuły. Potem Żmijewski wraca do domu, a tu nie ma Cesi, a żona, która zaraz okaże się rzekomą żoną, leży na podłodze z nożem wbitym w plecy. W międzyczasie pokazują jeszcze dozorcę, zakapiora i złodzieja, który nazywa się Klamka, ale chce, żeby mówić nań Klamocki. Nie wiem, przyznam, co gorsze. Były gruźlik i dowódca zgrupowania rozpoczyna śledztwo i prowadzi je z wdziękiem i znawstwem. W tym czasie Żmijewski rozwija swoją znajomość z niemieckim hrabią bez oka, który najpierw prowadzi go do getta, gdzie funkcjonują luksusowe lokalne z kawiorem, szampanem i dziwkami, a potem próbuje pocałować, albowiem jest gejem. W tym lokalu jest naprawdę nieźle, bo kelnerem jest tam Daniel Passent, który widać połaszczył się na honorarium. Nie o sławę przecież chodziło, bo co to za sława – zgrać kelnera w takim gównie? No, a wśród bogatych żydów siedzących w pierwszym rzędzie widzimy samego Józefa Hena. To jest coś niewyobrażalnego, to lepsze niż sromotniki na śniadanie i łeb w kotle.

Po tym morderstwie rzekomej żony, a w rzeczywistości ukrywającej się na papierach żony studentki żydówki, znika Cesia, która wcześniej – kiedy żona żyła, a mąż poszedł się bawić do getta – odbyła z tym mężem, czyli Żmijewskim – stosunek płciowy. Też intensywny, ale nie okraszony żadnymi zrozumiałymi wyrazami. Taki bardziej animalistyczny, jak to służąca.

Mniej więcej w tym momencie przestałem rozumieć co się dzieje, a to z tego względu, że jednooki dostał list, pojechał gdzieś do jakiejś willi i tam zobaczył elegancką panią, która okazała się być jego dawnym kochankiem, który zjechał właśnie do Warszawy na urlop. Tego kochanka grał z kolei facet, co grał wcześniej Zośkę w nowej ekranizacji Kamieni na szaniec. Majewski powstrzymał się przed pokazaniem homoseksualnego stosunku, zadowolił się pocałunkiem, ale ja sądzę, że to już jeden z ostatnich razów. Budżety samorządów zaczną pęcznieć i oni się nie powstrzymają. Będą w filmach tylko geje i ich głębokie problemy. A na krecika będzie zapis cenzury.

Potem Żmijewski stwierdził, że musi uciekać, ale nie wiadomo przed kim, a Jednooki wyznał swojemu kochankowi, że miał romans z tą żydówką, co była niby żoną Żmijewskiego. Ona go kochała co prawda, ale on ważył ją lekce i wykorzystywał. Pokazują jeszcze ze dwa stosunki płciowe z tą nieżyjącą już przecież aktorką. I wszyscy zaczynają myśleć, że to jednooki morduje, bo ona jest z nim w ciąży. Aha, wcześniej jednooki wymusza na sekretarce Żmijewskiego, czyli na żonie Stuhra z tamtego wcześniejszego filmu adres pod którym ukrywa się Żmijewski w Zakopanem, a policja znajduje za chwilę tę kobietę martwą w kałuży krwi z przestrzelonym kroczem. Jednooki jedzie do Zakopanego, tam dusi poduszką czeskiego lekarza, który ma zdolność rozpoznawania na fotografiach kto umarł, a kto jeszcze żyje, i zaprasza Żmijewskiego na wycieczkę po jaskiniach. Z tej wycieczki wraca sam. Wszystko niby jest jasne, ale ja przestałem to oglądać, albowiem są, kurwa, pewne granice….

Za wszystko zapłacił PISF, co się reżyserowi Majewskiemu chwali bardzo, bo na tle złodziei rabujących samorządy wespół z tych samorządów urzędnikami, wygląda on po prostu jak św. Jerzy, szykujący się do zabicia smoka. Tyle, że coś mu tam wystaje z portek z tyłu i nie wiadomo do końca, czy nie jest to wysuszony sromotnik. Obstawiam jednak, że mordercą nie był jednooki, bo to by było za proste, ale jego kochanek, ten co grał kiedyś Tadeusza Zawadzkiego – Zośkę. Bo wcale nie był na urlopie, tylko ukrywał się w Warszawie w kobiecym przebraniu.

I teraz ważna rzecz – mecenas Giertych przebije to wszystko kilkoma prostymi ruchami. W życiu jak w pokerze…jest zasada karta stół.

Na dziś to wszystko. Idę odpocząć.

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI, 16 października 2020 r.

Artykuł opublikowano za zgodą autora.

Ilustracja tytułowa: Gabriel Maciejewski. Fot. za: YouTube-_youTube wyb. z sieci wg.pco

Przeczytaj więcej tekstów Gabriela Maciejewskiego na naszym portalu > . > TUTAJ.

*

, 2020.10.17..
Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski