Świetne pomysły czyli inseminacyjny charakter twórczości i popularyzacji historii w Polsce


Jak wiemy trudno o większy kataklizm niż tak zwane „świetne pomysły”. Gorsze od nich są tylko „świetne pomysły, które narzucają się niejako same”. Po nich nie zostaje już nic, tylko tak zwana perzyna, czyli spalona żarem ziemia i błękitne niebo, na którym brak śladów życia.

Można by się nie przejmować świetnymi pomysłami i świetnymi pomysłami narzucającymi się niejako samoczynnie, ponieważ unicestwiają one przede wszystkim tych, którzy próbują je realizować, ale trzeba podkreślić ich zadziwiającą trwałość. To znaczy, nawet jeśli ten, który wpadł na świetny pomysł dawno już nie żyje, pamięć o nim zginęła, a jeśli ktoś wspomni jego imię, natychmiast potem pluje na ziemię lub podłogę, konsekwencję pomysłu czyli wspomniana perzyna, trwają. Mogą trwać nawet dekadę, albo dwie. Jak świetny pomysł ma naturę polityczną, bywa że nawet pięć. W końcu jednak wszystko mija. No, ale można chyba owo mijanie przyspieszyć, a może nawet wdrożyć jakiś program przeciwdziałający świetnym pomysłom i świetnym pomysłom narzucającym się niejako samoczynnie.

I ja dziś właśnie o tym chciałem rzec słowo. Zacznę od opisania modelowego wręcz przykładu świetnego pomysłu, który na dekadę postawił pod znakiem zapytania byt mieszkańców pewnego miasteczka w historycznej Langwedocji. Powiem jeszcze tylko, że posiejmy dziś trochę zgorszenia, ale może zostanie mi to wybaczone.

Na owo miasteczko natrafiłem przypadkiem studiując mapę regionu. Nosi ono wdzięczną nazwę Condom i położone jest u ujścia rzeki Gele do rzeki Baise. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że nazwa tej pierwszej rzeki, wymawiania po francusku, nie brzmi – żel – i nie kojarzy się nikomu z lubrykantami. Niech się wypowiedzą znawcy. Jeśli idzie o samą nazwę miasteczka sprawa jest jasna. Nie ma ona nic wspólnego z angielskim wyrazem condom, ale oznacza ponoć w miejscowym dialekcie zmieszanym z łaciną, ujście rzeki Żel do tej drugiej. Historyczne fakty oraz to, że w miasteczku jest piękna architektura, muzeum Armangnac, czyli takiego alkoholu, którego nigdy nie piłem i owe malownicze rzeki, nie przeszkodziły panu merowi, w roku 1995, w założeniu tam muzeum środków antykoncepcyjnych. Był to właśnie świetny pomysł narzucający się niejako samoczynnie. Nie wyobrażam sobie turystów, jadących na południe, skuszonych wizją pieczołowicie zrekonstruowanej, katarskiej przeszłości, którzy zjeżdżają tłumnie do miasteczka Condom i tam, jeszcze przed rozpakowaniem rzeczy w hotelu, pędzą prosto do muzeum antykoncepcji. Co niby mieliby tam oglądać? I jak w takim miejscu miałby się zachowywać przewodnik? To jest niestety poza moją, dość rozbuchaną wyobraźnią. Jak rozumiem pan mer dostał od rządu republiki pieniądze na otwarcie tego muzeum i jego rodzina, zapewne tam zatrudniona, szczególnie jej najbardziej gamoniowaci i beznadziejni członkowie, mogli dzięki temu pomysłowi pożyć trochę przez 10 lat. Tyle bowiem istniało to muzeum. Rozumiem, że zamknięto je, albowiem eksponaty sparciały, a pieniędzy na nowe nie było? Zresztą cóż to za muzeum z nowymi eksponatami? A gdzie duch i misja? Nie powiem, żeby nie używać wyrazów.

Jak to się ma do tego, co zawarłem w tytule? Bardzo prosto w Polsce wszystkie pomysły dotyczące popularyzacji historii i twórczości jako takiej, są pomysłami narzucającymi się niejako samoczynnie i są podawana a la Condom. Więcej – one mają charakter inseminacyjny, a to oznacza, ze za każdym razem trzeba jednego z drugim popularyzatora podprowadzić za uzdę do tej historycznej kobyły, a jakiś mędrzec uznany i autorytet, musi mu wycyrklować interes, żeby trafił. Ja to wszystko obserwuję od dawna z rosnącym zdumieniem, ale nie rozumiem dlaczego w przypadku Patlewicza, cyrklowaniem muszą zajmować się osoby, których nazwisk nie wymienię, przez szacunek. I nie mam tu na myśli Sumlińskiego, żeby było jasne. To mnie zdumiewa naprawdę.

Mniej zaskoczony czuję się kiedy Sławomir Cenckiewicz uprawia podobną aktywność w przypadku Zychowicza . Ostatnio, jak informuje twitter, zadbali oni o to, by odnowić grób Studnickiego, który znajduje się gdzieś w Anglii. I Anglicy w tym pomogą.

Jak nadmieniłem, świetne pomysły nie mają charakteru neutralnego, za nimi zawsze się coś kryje. Intencje mera miasteczka Condom wydają się jednak krystalicznie uczciwe, w porównaniu z intencjami osób, które w Polszcze zapładniają wyobraźnię konsumentów treści historycznych. Ich brak samodzielności zaś, rzuca się w oczy nie tylko w akcie inseminacyjnym, ale także w ogóle, w kontekstach szerszych i głębszych. Nie mam pojęcia po co Patlewicz uprawia kult mordów rytualnych, w rejestrach przeznaczonych na Wielką Lechię, a Zychowicz pisze o germanofilu Studnickim? Po to chyba tylko, żeby ułatwić środowiskom amerykańskich Żydów, wskazanie, kto tak naprawdę jest antysemitą, wielbicielem Hitlera i jego koncepcji zagospodarowania wschodu Europy. Jak powiedziałem, pierwszymi ofiarami świetnych pomysłów są ich twórcy. Niestety konsekwencje wdrożenia ich w życie musimy ponosić wszyscy.

To co opisałem wyżej, można sklasyfikować jako świetne pomysły ze szczerą intencją. One są charakterystyczne dla środowisk prawicowych. Teraz pora na świetne pomysły realizowane przez środowiska lewicowe. Tam jest jeszcze lepiej, albowiem przewidywalne konsekwencje realizacji tych pomysłów, mogą okazać się trwalsze. O ile na prawicy chodzi o to, by „odkrywać prawdę’, o tyle aktywność myślicieli lewicowych skupia się na kreacji. I o to w sieci już krąży zapowiedź nowego, polskiego filmu, który grany będzie na Netflixie. Nosi on tytuł Erotica 2020 i jest futurystyczną wizją piekła kobiet z przyszłości. Dzieło ma charakter epizodyczny i składa się z pięciu historii, napisanych przez najbardziej znane polskie pisarki. Te historie zostały skręcone i pokazywane będą w postaci filmu, przez najsłynniejsze polskie reżyserki. Wymieniam teraz nazwiska jednych i drugich.

Pisarki: Bator, Grzegorzewska, Plebanek, Tokarczuk, Witkowska

Reżyserki: Adamik, Chajdas, Jadowska, Kazejak, Szelc

A są jeszcze sławne polskie aktorki. Oto ich nazwiska: Bela, Buzek, Celler-Jezierska, Pikuła, Żulewska.

Jak widzimy konstrukcja ma charakter pociągu pod specjalnym nadzorem. W każdym zestawie jest jedna lokomotywa, która ma pociągnąć do przodu resztę czyli ten zestaw beznadziejnych, szarych i odrapanych wagoników. W pierwszym jest to Tokarczuk, w drugim Adamik, a w trzecim Buzek. Dla mnie, przyznam od razu, lokomotywy niczym nie różnią się od składu. No, ale może powoduje mną wrodzona złośliwość.

O czym jest ten film? O przyszłym, zdominowanym przez mężczyzn świecie, w którym kobiety są tłamszone i wypychane na marginesy. Nie wiem w zasadzie co powiedzieć. Myślę, że wszystkim tym osobom trzeba załatwić kolonie letnie w miasteczku Condom, położonym wśród wzgórz Langwedocji, nad brzegiem rzeki Żel. To im z całą pewnością dobrze zrobi.

Oto co pisze Onet o tym filmie:

W czasach, w których kobiety są produktami, macierzyństwo jest obowiązkiem, a seksualność jest represjonowana, pięć bohaterek zmierzy się ze środowiskiem pełnym absurdów i chorych konfrontacji, brakiem prawdziwych emocji i samotnością. Świat przedstawiony w filmie nie jest prawdziwy, lecz bardzo wiarygodny .

Zakładam w ciemno, że wśród tych piętnastu wymienionych przeze mnie istot, może dwie, może trzy mają dzieci. Reszta to lesbijki albo osoby żyjące w wolnych związkach, które – po zawitaniu do miasteczka Condom – pierwsze swoje kroki skierowałyby do muzeum antykoncepcji. Już nieczynnego niestety. O jakich więc prawdopodobnych opresjach smęcą te istoty? Historycy sztuki, pardon, specjaliści od komunikacji wizualnej, ustalili niedawno przecież, że wyraz „wypierdalać” nie jest obraźliwy. O co im chodzi? Już tłumaczę – o dokumentację. Świetne pomysły, takie jak na przykład cała proza Stefana Żeromskiego, powstają po to, by po wielu dekadach można je było traktować jako dokumenty epoki. Choć są całkowitą i absolutną brednią wyssaną z nażelowanego palca. Główną piękność w tym filmie zagra oczywiście Agata Buzek i nikt nawet nie mrugnie. W końcu mówimy o świecie nieprawdziwym, ale bardzo wiarygodnym.

Czy można przebić ten świetny pomysł? Można. Zrobili to amerykańscy biskupi, jak mniemam w większości geje, którym można wytoczyć zbiorowy proces o molestowanie kleryków, albo wręcz o przyjmowanie do seminariów osób o podobnych jak oni preferencjach. Napisali specjalne pismo, w którym domagają się, by wygasić kult św. Jana Pawła II. To jest bezczelność tak wielka, że nie mam do niej słów. Powołują się oczywiście na rzekomą zażyłość Jana Pawła II z Marcialem Macielem, agentem CIA, realizującym w Meksyku politykę amerykańską. Niestety powagę tego listu niweczy brak adresata. Tak sądzę, bo nie mogę go odnaleźć. Może Wam się uda

https://www.ncronline.org/news/accountability/editorial-us-bishops-please-suppress-cult-st-john-paul-ii

List jest skierowany nie wiadomo do kogo. Do Pana Boga chyba. Amerykańscy biskupi zaś zachowują się tak, jakby nie rozumieli założeń doktryny i wątpili w swoje własne moce wynikające ze święceń. Jeśli jest tak, jak myślę, to mogę odpowiedzieć amerykańskim biskupom tylko jednym zdaniem – zamknijcie swoje chamskie ryje i idźcie się wykąpać w rzeczce Żel, na heretyckim południu Francji!

Na dziś to tyle, dziękuję. Musicie mi wybaczyć małą aktywność, ale muszę trochę odpocząć.

Gabriel Maciejewski

Źródło: Baśń jak niedźwiedź – BLOG LITERACKI, 16 listopada 2020 r.

Artykuł opublikowano za zgodą autora.

Ilustracja tytułowa: Gabriel Maciejewski. Fot. za: YouTube wyb. z sieci wg.pco

Przeczytaj więcej tekstów Gabriela Maciejewskiego na naszym portalu > . > TUTAJ.

*

, 2020.11.20.
Avatar

Autor: Gabriel Maciejewski